Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2012

Muzeum rzeczy ważnych. Kto tak ma, jak nie my!

Trochę się blog zaniedbał. Może wzorem innych blogerek powinnam przepraszać, "że tak długo nie pisałam, moi kochani", ale tak naprawdę - nie mam poczucia winy. W założeniu ten blog miał być miejscem do radosnego bredzenia o tym, na co mnie najdzie - nic na siłę. I chyba właśnie mam ochotę pogadać :) Ostatnio było dramatycznie (chwilowy spadek formy i nastroju), a więc dzisiaj jakże nostalgiczne klimaty. Ta dam!


Wam wszystkim.

Jest kilka takich rzeczy. Mimo, że niespecjalnie przywiązuję wagę do przedmiotów i bez mrugnięcia okiem wyrzucam potencjalne pamiątki po byłych chłopakach i ludziach, których znałam. Z zasady nie tracę z oczu osób, które lubię - nawet jeśli kosztuje mnie to sporo zachodu. Po co więc przechowywać martwe obiekty?

A jednak mam kilka takich rzeczy. Stały się w jakiś sposób ważne, są - mimo, że zabrzmi to strasznie infantylnie - jak talizmany, które muszę mieć zawsze ze sobą, gdziekolwiek mieszkam. Bez żalu zostawiając u rodziców ulubione buty, drogie prezenty czy ukochane książki, zawsze pamiętam o tym, żeby moje przenośne Muzeum Rzeczy Ważnych zapakować do walizki. Razem z historiami i emocjami, jakie są z nimi związane. Szalonym melanżem, wielką miłością, smakiem wina i zapachem bzu w maju na balkonie, deszczem uderzającym o zakurzone ulice, z jedną czy drugą nocą czy niesamowitym weekendem. Traktuję te nic nie znaczące dla kogokolwiek poza mną przedmioty jak wizualizacje kolejnych punktów granicznych, jakie minęłam do tej pory. Wielkie zmiany, poważne decyzje, zmiany światopoglądu. Wszystkie te obiekty zebrane razem stworzyły moją osobowość. A ja lubię swoją osobowość.

O czerwonej bluzie pisałam parę miesięcy temu. Chyba właśnie wtedy, kiedy wzięłam ją do ręki, narodziło się Muzeum w bliskiej dzisiejszej postaci. I wtedy ja, zagorzała przeciwniczka zbierania śmieci i nieprzydatnych gadżetów, zdałam sobie sprawę, że mam w domu parę podejrzanych obiektów, które właściwie nie są mi do niczego potrzebne - a jednak nie mogę zdobyć się na to, żeby je wyrzucić.

Jest na przykład taka kamień. Z Himalajów. Przywieziony przez Grześka z Tybetu, w kieszeni spodni, podniesiony po prostu ze ścieżki gdzieś wysoko w górach. Podobno widok był niesamowity - tego nie wiem. Żałuję. Ten kamień zapakowany w historię dostałam na ostatnie urodziny. Leży teraz przede mną, zawsze na biurku, na podstawce monitora, obok dziwnej spiralnej muszli z Australii i małego żelaznego  kota. Biało - pomarańczowy, chropawy, opalizuje lekko małymi drobinkami, wygląda trochę jak bryłka kolorowej soli. Aż korci, żeby dotknąć go czubkiem języka i sprawdzić, czy ma słony smak (nie ma). I musi być tu, zawsze w tym samym miejscu na podstawce, na wprost moich oczu. 

Dostałam w życiu wiele fajnych rzeczy w prezencie. Dziesiątki książek, płyty, biżuterię, ciuchy, kosmetyki, chociaż przyznaję, że często mam problemy z określeniem, od kogo pochodzi dany przedmiot. Wtedy ktoś dał mi opowieść i coś, co mogłam dostać tylko od tej jednej osoby. Ze względu na przeszłość, teraźniejszość, przyszłość, pewne zrozumienie. Obracając kamień w dłoni, mam świadomość, że zawiera się w nim historia ponad roku największej zmiany w moim życiu, kiedy odstawiłam spektakularną akcję "na feniksa" i postanowiłam, że od teraz będę już zawsze szczęśliwa jak kucyk z My Little Pony i bez względu na konsekwencje będę hasać radośnie po świecie z nastawieniem "alleluja i do przodu". Jak na razie nieźle się to sprawdza. Ale pewnie nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby gdzieś po drodze nie pojawił się Grzesiek i nie wydarzyło wszystko to, co doprowadziło do kamienia w mojej dłoni. Bo przyjaźń, bo to, co poza nią, bo wsparcie, na które mogłam zawsze liczyć, bo wszystkie zmiany. Bo tak. Bo nocne przejazdy z Krakowa i do Krakowa w zimie starą Hondą z zepsutym ogrzewaniem, bo koncert w Tatrach, bo rozmowy do rana,  bo "jest mi źle, pogadaj ze mną", bo to, bo tamto, bo wszystko.

Tak, jest kilka takich rzeczy. I są historie - mniej lub bardziej ciekawe, szalone, zabawne, smutne. Zbieram je wszystkie, zapamiętuję. Tworzę swoją prywatną historię świata.


Siedzę właśnie przed monitorem, rytmicznie bębniąc w klawiaturę. W kuchni Wojtek gra coś na gitarze, dookoła walają się ubrania, pudła, walizki - wiadomo, sezon przeprowadzek. Zmiana warty w moim jasnym mieszkaniu z wysokimi sufitami na Podgórzu. Słońce już schowało się za kamienicą naprzeciwko, wreszcie można swobodnie oddychać i jest tak spokojnie, z lekkim szumem samochodów i świergotem wszelakiej zwierzyny latającej. I jest lato w mieście. I tyle.

w roli modeli - moje misie kolorowe
KTO TAK MA, JAK NIE MY! (czyli: co można robić we Wrocławiu)


Gods bless you.

czwartek, 15 marca 2012

Refleksja post-zimowa.

W tym miesiącu planowałam kupić sobie coś fajnego, może - wreszcie - Lity, które już dawno przestały być najgorętszym trendem sezonu, ale którymi i tak się podniecam...Albo jakiś fajny plecak? Kolorowe, wiosenne fatałaszki?

Ostatecznie jednak postawiłam na wersję pragmatyczno - racjonalną i kupiłam sobie co następuje:
- prąd
- wodę
- gaz
- internet
a pozostałe nędzne resztki mojej krwawicy przeznaczyłam na jedzenie i używki wszelakie.

phot. by Piotr Semberecki
Ponieważ jestem w nastroju na dzielenie się z bliźnimi, sprzedam Wam dwa fajne patenty, które przydadzą się na pewno gdybyście kiedyś - tfu, tfu, odpukać - mieli zamieszkać w krakowskiej kamienicy,w towarzystwie tego pięknego, stylowego, kaflowego pieca, niech go szlag trafi i nie sczeźnie, cholerny. Kamienica, tzn. że zimą zamarzasz na kamień, a latem masz ochotę wziąć owego w dłoń i zatłuc się, bo temperatura przekracza tę dozwoloną przez prawa boskie i ludzkie. Żeby nie być gołosłowną - w lutym, w okresie największych mrozów, temperatura w naszym słodkim gniazdku (konkretnie w kuchni) wynosiła 9 stopni. DZIEWIĘĆ. Na salonach było nieco cieplej, bo aż ok. 14 stopni, za to warto wspomnieć o fakcie, że podobnie jak kuchnie, łazienki w tych pięknych kamienicznych mieszkaniach także nie posiadają ogrzewania. Żadnego ogrzewania. Jedynym ratunkiem jest elektryczny piecyk olejowy, zwany przeze mnie pieszczotliwie Azorkiem (bo ciągałam bo za kabel zimą po całym domu za sobą, nawet gdy szłam umyć zęby) lub tzw. farelka. Jedno i drugie jest przyjemnością okrutnie drogą w użytkowaniu i przy codziennym dogrzewaniu musicie w koszta wrzucić także coś na serce, bo jak przyjdzie rachunek za prąd, niechybnie zejdziecie na zawał (nie żeby te duże piece były tanie, co to to nie - ich urok polega na tym, że eksploatacja wychodzi drogo, a Ty, człowieku głupi i naiwny, dalej marzniesz). Zaoszczędzisz można za to na lodówce - skoro temperatura wewnątrz niej nie różni się od tej w pomieszczeniu, naprawdę można poczciwe urządzenie odłączyć od prądu. Sprawdziliśmy na różnych produktach - jedzenie w naszej kuchni trzymało  się tyle ile w lodówce, a poza tym jak człowiek jest na studiach to i tak nie ma tego jedzenia na tyle dużo żeby się zdążyło zepsuć. Ale miało być o patentach.

1. Pierwsza sztuczka wiąże się z termoaktywnym koncentratem antycellulitowym - ja miałam pod ręką taki z Eveline, w czerwonym opakowaniu. Wiadomo, że taki kosmetyki nie działają w sposób opisany na opakowaniu, ale zapewniam - termoaktywne to one są. I własną krwią zaręczam, że nasmarowanie tyłka, brzucha, ramion i nóg takim balsamikiem pozwoli Wam przetrwać te przykre chwile pomiędzy gorącym prysznicem a momentem osunięcia się w litościwą otchłań snu.

phot. by Piotr Semberecki
2. Ostra zima w połączeniu z mieszkaniem w kamienicy jest idealnym zestawem do odchudzania. Po pierwsze, jesteś na studiach (bo jeśli nie i zarabiasz, to czemu, na bogów, nie wynajmiesz sobie normalnego mieszkania?) i nie masz pieniędzy, więc i tak nie kupujesz słodyczy, chrupek, słodkich napojów itd. - bo Cię nie stać. Jeśli mimo to kupujesz, to nie masz pojęcia o jakim stanie finansowym mówię. Po drugie, przychodzą rachunki za prąd, a że nie możesz pozwolić sobie na ryzyko jego odcięcia, płacisz, po czym nie masz już pieniędzy na jedzenie. I po prostu - nie jesz. Dodatkowo z powodu zimna spalasz więcej kalorii i być może nawet chodzisz na uczelnię pieszo, bo tramwaj kosztuje, a wydatek rzędu 50zł na łapówkę dla kanara byłby dla Ciebie gwoździem do trumny.

I tak oto kończy się zima, a Ty jesteś kilka kilo szczuplejsza (chyba, że w międzyczasie złamałaś się i zwiałaś z tej lodowni do mamusi, a ona odkarmiła swojego kurczaczka), zahartowana (prawda, zero przeziębień), masz jędrne uda (krioterapia w Twojej kuchni wymroziła cellulit) i jak nigdy dotąd jesteś zdeterminowana żeby przeżyć. A, i jeszcze pozbyłaś się wszystkich swoich dziwnych żywieniowych oporów w stylu "fuuuj, ja tego nie zjeeeem". Uwierz mi, zjesz wszystko.

Tak naprawdę, to wszystko jest tego warte - nawet nie chodzi o to, że teraz, po odjęciu rachunków za ogrzewanie, nasze mieszkanie będzie śmiesznie tanie i warte absolutnie każdej złotówki. Ale świadomość, że po obu stronach masz sąsiadów, do których możesz zapukać w każdej sprawie - od "pożycz mopa" przez "masz fajki?" do "chodź na wódkę" - a cała kamienica przypomina lekko akademik (chociaż do Dietla 44 brakuje nam jeszcze bardzo, bardzo dużo) i Nowy Rok witasz, zaliczając 4 imprezy bez wychodzenia z budynku, by potem z ponad setką osób pić ruskiego szampana na ulicy pod własnymi oknami (i jakieś 200 metrów od Kazimierza), ta świadomość jest, uwierzcie mi, bezcenna. I chociaż zmarzł mi tyłek i momentami chciałam tłuc głową w parkiet, nie ruszę się stąd aż mnie nie wywalą za hulaszczy tryb życia.

Ale teraz, proszę państwa, przyszła wiosna. Poczułam to dzisiaj bardzo mocno, idąc Starowiślną w rozpiętej skórzanej kurtce narzuconej na lekką koszulkę. W pełnym słońcu, bez pośpiechu, bo moje życie pozbawione jest przymusu. I widział Pan, że to było dobre.

Gods bless you.

phot. by Piotr Semberecki

niedziela, 20 listopada 2011

Beznecie.

Brak internetu jest zaiste traumatycznym doświadczeniem. To uczucie, kiedy klikasz w ikonkę firefoxa, a ona łypie na ciebie szyderczo i śmieje ci się bezczelnie w twarz, mówiąc, że połączenia NIE MA - tego nie da się porównać z niczym innym. Nie ma co zrobić z rękoma, z oczami, człowiek nie wie w co się wgapić, czym się zająć - idzie trochę poprzeszkadzać innym, ponarzekać, że mu się nudzi, w międzyczasie coś przegryzie, potem znowu ponarzeka, może wyjdzie na spacer, ostatecznie - jeśli człowiek jest na poziomie - łapie za książkę. I pierwsze kilka dni da się nawet znieść - prawdziwy horror zaczyna się po ok. tygodniu, kiedy każda komórka ciała wyrywa się w stronę komputera, który - jak wiadomo - bez szybkiego łącza internetowego nie ma zbyt wielu zastosowań. 

Mam na imię Magda i jestem dzieckiem ciężko uzależnionym od internetu. Nawet wtedy, gdy z niego nie korzystam - po prostu dla własnego komfortu psychicznego muszę mieć świadomość, że gdzieś tam jest i przyjdzie na wołanie. I uwierzcie, że Facebook jest tu akurat najmniej istotny. Tak naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć, w jaki sposób marnuję czas przy komputerze (bo to, że marnuję go w ilościach hurtowych, jest oczywiste) - ja sobie klikam tu i tam, słucham muzyki, czytam newsy z zakresu szeroko pojętej kultury popularnej i niepopularnej i ogólnie udaję, że robię coś produktywnego. Czasami popracuję mało-wiele (konia z rzędem temu, kto wie, jak powinno się to zapisywać), ogarnę blogaski swoje i znajomych (bo są tacy hot i trendy, że mają te blogaski) i zaczynam zabawę od początku. 

Ale już dobrze, już wszystko gra. Internet powrócił do mnie w końcu i chociaż musiałam poświęcić kilka dni na odbudowanie naszego związku, obecnie układa nam się idealnie. Nasze niedawno wynajęte mieszkanie w podgórskiej kamienicy nareszcie zaczyna wypełniać się ciepłem i nie jest już zimno jak w psiarni, zaczynam powoli odplątywać warstwy koców, szlafroków i dresów, a dłoń sterująca myszką nie pokrywa się już szronem po wyciągnięciu z rękawa.

Fajnie tu, na tym Podgórzu. Otaczają nas lumpeksy i sklepy ze starociami, co przyda się na pewno - jako że dual umyślić sobie zorganizować Andrzejki w klimacie retro (początek XX wieku). Rozpisał też program imprezy:
- lanie woskiem
- lanie masłem
- buty aż do progu
- fusy po zagranicznej kawie
- kości gołębie
- podrzucanie krwawnika
- prawdziwy Andrzej.
 co sprawia, że sama chcę to zobaczyć, bo to wszystko nie może skończyć się dobrze - nawet biorąc pod uwagę fakt, że w nasza kamienica charakteryzuje się dość dużym współczynnikiem studenta na metr kwadratowy, a normalnych ludzi w zasadzie prawie tu nie ma.

Dzisiaj mieliśmy oglądać "Conana" i dual niespodziewanie wymyślił sobie, że jest podobny do głownego aktora, czyli do Khala Drogo z "Gry o tron", tyle że nie przypomina go ani w "Conanie" ani w "Grze", a w serialu "Gorące Hawaje". Fakt, nie jest może aż tak estetyczny (znaczy się, dual nie jest) i ma niewyregulowane brwi, ale podobieństwa odmówić nie można. Trochę go stunningujemy i będzie cacy. Ostatnio odkryliśmy też, że nasz inny kumpel, zwany Fransem, podobny jest do Enrique Iglesiasa, ale ciągle czekamy na dobry moment, żeby go lekko wyszydzić i publicznie znieważyć.


I na dzisiaj to tyle, bo szczęśliwie udało mi się skutecznie odmóżdżyć. Good night and good luck.

Gods bless you.

sobota, 15 października 2011

Fenomen męskiej bluzy.

Dedykuję - Bartkowi, Dualowi i Kornelowi oraz ich ciuchom. 



Nie wiem, jak zimno jest na dworze, ale w moim odczuciu temperatura oscyluje między zerem a minus sto, co sprawia, że naprawdę niechętnie sięgam po buty i kurtkę. Gdybym mogła, zakopałabym się najchętniej w kocach, z kubkiem gorącego Pu-Erha i laptopem któregoś z moich współlokatorów, jako że mój ukochany pecet czeka póki co na swoją mamusię w rodzinnym domu z powodu braku dostatecznej przestrzeni życiowej w hanczynej kawalerce. Dopiero dzisiaj rozpracowaliśmy system ogrzewania mieszkania i w tej chwili ciepło zaczyna powoli rozpełzać się po kątach, czekam aż dotrze do moich opatulonych w dwie pary skarpet stóp.

Określenia "zimno" zaczynam używać, kiedy wieczorny papierosek na świeżym powietrzu przestaje sprawiać mi frajdę, co przekłada się na fakt, że nie jestem w stanie zostać nałogowcem, jako że nie wyobrażam sobie, żeby jakakolwiek potrzeba zmuszała mnie parę razy dziennie do kilkuminutowego postoju zimą na dworze. Podkreślam - na dworze, nie "na polu". Owszem, zdarzało mi się wychodzić na pole, ba - zdarza się to do dziś; mimo, że całe życie spędziłam na Śląsku, mieszkałam w rejonie, który obfitował w rogaciznę, trzodę chlewną i wspomniane pola, czyli mówiąc wprost - na zadupiu. Problem właściwego nazewnictwa jest jednak tak oklepany, że nie chcę się nad nim rozwodzić, ostatecznie wiadomo, kto ma rację.

phot. by Katarzyna Hołda



Staram się trzymać zasady, żeby podczas szukania mieszkania z góry eliminować osobniki płci żeńskiej - nie dość, że nie można dopchać się do łazienki, to jeszcze większość lasek potrafi zrobić dym o źle poustawiane kubeczki albo przesunięty wazonik. Jako że jestem zagorzałą czcicielką chaosu i w pogardzie mam sterylne warunki, każdy porządek w zasięgu mojego wzroku traktuję jako bałagan in spe. Moje zapędy w tworzeniu pięknego, kolorowego burdelu (bo trudno użyć tu łagodniejszego słowa, biorąc pod uwagę jak aranżuję przestrzeń) do tej pory potrafiła okiełznać jedynie Justunia, która przez dwa lata wspólnego mieszkania przetresowała mnie tak, że obecnie spontanicznie latam ze ścierą i przecieram blaty. Co prawda ogranicza się to jedynie do rejonów kuchni i łazienki - bo ogólnie mówiąc, mam za dużo rzeczy, żeby utrzymać porządek w pomieszczeniu, gdzie sypiam.Zresztą nie ukrywajmy - nie staram się jakoś specjalnie.

I tak oto jest nas troje i żadne nie przywiązuje specjalnej wagi do tego, z czyjej pije szklanki i czy ubrania poskładane są w kosteczkę, czy też radośnie rozrzucone dookoła. Bo w praktyce czasami naprawdę lepiej odpuścić niż wymagać niemożliwego, w tym przypadku - sterylnych warunków w kawalerce zamieszkałej przez trójkę dorosłych jedynie z nazwy ludzi; jednak wiem dobrze, że jeśli zamiast chłopaków miałabym tu pod ręką dwie dziewczyny, prawdopodobnie ktoś zginąłby śmiercią gwałtowną i bolesną. Babie nigdy nie dogodzisz i zawsze coś będzie nie halo, dlatego ze spokojem w duszy patrzę na Duala, Kornela i Wuja, jak z radosnym dziecięcym szczebiotem mordują coś, grając w FPSa. 

phot. by Piotr Semberecki

Dodatkowym bonusem wynikającym z mieszkania z dwoma chłopakami są dwie dodatkowe szafy, w których znaleźć można wielkie, męskie bluzy sportowe, pasujące mi do spodni od dresu. Nic to, że bluza Duala sięga mi do kolan, a rękawy tej od Kornela muszę kilkakrotnie podwijać - nie należy być wybrednym, kiedy człowiek własnych bluz posiada mało, bo lansuje się na damę i przecież se nie kupi, bo niby po co. Muszę jednak przyznać, że chłopcy mają anielską cierpliwość, bo nawet smuga czarnego eyelinera rozmazana dekoracyjnie z przodu koło suwaka nie wywołała żadnych zakazów co do dalszego bezczelnego pożyczania. Praktykowałam ten zwyczaj (tzn. pożyczanie, nie paćkanie linerem) przy każdym moim chłopaku oraz większości współlokatorów i jak dotąd nie doczekałam się reakcji bardziej emocjonalnej niż "tattwa, wyskakuj z bluzy, bo wychodzę". Idąc za ciosem urządziłam dzisiaj dzień prania i wrzuciłam do pralki wszystkie moje męskie bluzy, bo w końcu po domu muszę w czymś chodzić.

Do jednej z takich bluz mam szczególny sentyment, mimo, że nie przywiązuję emocjonalnego znaczenia do przedmiotów, co w praktyce oznacza, że poza kilkoma przypadkami nie pamiętam, od kogo co dostałam i z jakiej okazji, a wszystkie romantyczne badziewy zwykle usuwam z mojej przestrzeni życiowej (nie ogarniam na przykład o co chodzi z suszeniem kwiatów - nie dość, że wyglądają paskudnie i zbierają kurz z całego uniwersum, to jeszcze są martwe i blokują mi feng shui). Poza jednym wyjątkiem - kiedy miałam 15 lat, przeżywałam jedną z pierwszych szczenięcych miłości, chodząc z Bartkiem, właścicielem czerwonego egzemplarza tzw. "góry od dresu". Było dużo trzymania się za rączki i łażenia po parku, siedzenie na kolankach i całowanie, ale w pamięć zapadła mi najbardziej właśnie ta bluza, uwieczniona na jednym ze wspólnych zdjęć. Jak to zwykle bywa z miłością w tym wieku, wszystko diabli wzięli kiedy jaśnie panna (czyli ja) rzuciła fochem i odwróciła się na pięcie, co - w połączeniu z różnymi szkołami, do których chodziliśmy - sprawiło, że nie widziałam Bartka 8 lat. Kiedy przyjechałam z Krakowa do rodzinnego domu na roczne wygnanie, jakimś trafem (no dobra. przez fejsbuka) odnowiliśmy kontakt i zaprzyjaźniliśmy się, a po kilku tygodniach Bartek przytargał mi do domu tą samą czerwoną bluzę, która nawet teraz wygląda na mnie jak sukienka. I muszę przyznać, że to chyba najfajniejszy prezent, jaki dostałam w życiu, mimo, że całość trąci romantyzmem i nostalgią, których fanką raczej nie jestem. W bluzie oczywiście śpię i snuję się po domu w chłodne dni, a że jest naprawdę obszerna, mogę swobodnie dorastać (czyt. tyć) w jej wnętrzu. 

phot. by Katarzyna Hołda

Szczerze mówiąc, bezczelnie pożyczyłam na wieczne nieoddanie kilka takich bluz, a parę innych wyżebrałam u kumpli, bo były mięciusie, milusie i w ogóle stworzone dla mnie. Jeśli chodzi o Kornela i Duala, nie zdążyłam jeszcze zrobić pełnego przeglądu ich garderoby, ale myślę, że przy okazji prania w najbliższym czasie jeszcze kilka ciekawych egzemplarzy wyjdzie na światło dnia. I tak właśnie mieszka się z chłopakami - największym problemem jest to, kto tym razem skoczy po piwo i czy mamy w domu ser do tostów. Żadnych wazoników, wyższej logiki układania garów w szafce, zero pretensji o to, że zalałam Dualowi kakao wodą, zamiast mlekiem. Jesteśmy już w pełni zadomowieni, w mieszkaniu już coraz cieplej, pralka głośno pracuje w kuchni, a ja zastanawiam się, jak matematycznie rozwiązać to, że mamy trzy miejsca do spania, a dzisiaj nocuje tutaj także Wujo. Jakkolwiek nie będzie - będzie śmiesznie.

Gods bless you.

poniedziałek, 3 października 2011

Powroty.

Dedykuję Hance, dzięki której nie śpimy dzisiaj pod mostem :)

No to jesteśmy. Formalnie bezdomni, mieszkamy kątem u koleżanki, która litościwie zostawiła nam na miesiąc swoją kawalerkę. 30 lub 35m2, pianino, perkusja, instrumenty inne wszelakie, czterech chłopa i ja. I właśnie trwa próba zespołu, a moja własna siostra macha mi z okna po drugiej stronie ulicy, że zaraz wpadnie na piwo - bo świat ostatecznie jest bardzo mały, a ja momentami zaczynam nawet wierzyć w karmę i takie tam. 

Jest magicznie,nawet bardzo i och, jakże nastrojowo. Tramwaj przejeżdża pod oknami a kubek na blacie lekko drga; mieszkanie wypełnione po sufit krakowską bohemą, przydałby się do kompletu jeszcze aktor i fotograf. Siedzę na klatce schodowej na szerokim parapecie wychodzącym na podwórko, palę mentolowego Vogue'a, zaglądam do mieszkań przez okna bez firanek czy żaluzji  - a tam festiwal życia prywatnego, ludzie żyją sobie i umierają, jedzą i śpią. Bez pośpiechu, normalnie, zgodnie z naturalnym cyklem wszechświata. Czyż mogło być lepiej?

phot. by Piotr Semberecki

Łatwo przywiązać się luksusu - zmywareczka, wypchana po brzegi lodówka, fontanna w salonie, tygrys na smyczy. Ale ostatecznie - mimo, że jestem okrutnie rozbestwiona i cenię sobie wysoki standard życia - jakie to ma znaczenie? Słyszę, jak o ziemię uderzają dojrzałe kasztany, wczoraj przeczytałam gdzieś, że punkty skupu płacą za nie 60 groszy za kilogram i myślę sobie - dobrze jest. Z głodu nie umrzemy. Mamy ciepłą wodę, miejsce do spania, pralkę, lodówkę, internet. Można żyć.

Ostatecznie mieszka się tu, w Krakowie, już jakiś czas i widziało się niejedno - byłam w mieszkaniach, gdzie student studentowi wilkiem, a własny obiad przywieziony z domu trzeba było przywiązać łańcuchem w lodówce, gdzie każdy szedł do łazienki z własną rolką papieru toaletowego. I wiem, że tak naprawdę, to mam dzikie szczęście - bo lądowałam w różnych miejscach, a jednak nie trafiłam nigdy na ludzi, których miałabym ochotę otruć we śnie. Pamiętam sytuacje, na myśl o których do dzisiaj czuję rozczulającą falę ciepła w  skrytym buduarze mojego serduszka, chociaż formalnie mam ten organ w artofii i nie słynę z bycia sentymentalną.

phot. by Piotr Semberecki

I tak po prostu - lekko, sentymentalnie, ciepło, z poczuciem ogólnej miłości do całego świata, piszę.  Bez specjalnego celu, bez tematu, bez planu, spontanicznie, mniej lub bardziej - bez sensu. Wyjątko nie mam dzisiaj powodu do wyzłośliwiania się na forum publicznym, nie muszę nic zrobić, nigdzie się nie spieszę - nie przeszkadza mi nawet to, że moje dwie prawdziwe miłości życia mego- mój kot i komputer - zostały póki co w domu i nie mam mojej demonicznej Pajęczej Królowej, kiciuni najmilejszej acz nieco creepy, pod ręką, a posta piszę na laptopie współlokatora mojego Duala. A laptopów nie znoszę i jest to uczucie pełne pasji i zaangażowania. Internet jest nieco knąbrny i nie chce dzisiaj współpracować, trudno - być może jest to znak od wszechświata, żeby wreszcie oderwać się od monitora i otworzyć "Madame" Libery, na co nie miałam czasu przez całe wakacje.

Po prostu - jest dobrze. Lato skończyło się definitywnie, ale to nic, bo ciągle cieszę się jak dziecko, w naiwny i ckliwy sposób tym, jak pachnie jesień, jak słońce grzeje mnie w głowę przez niebieską fedorę w paski. I coś tak czuję, że to będzie dobry rok. Magiczny - w końcu to, do cholery, Kraków.

poniedziałek, 26 września 2011

Przeklęta magia Krakowa.

Jerzy! Dedykuję Ci tego oto posta!

phot. by Barbara Bienkowska
Mam taki plan, żeby przez najbliższe kilka postów popastwić się nieco nad Krakowem, jako że wracam tam - co z tego, że na tarczy - po niemalże rocznym gliwickim wygnaniu. Kiedyś naprawdę lubiłam to miasto - wierzyłam bez zastrzeżeń w tą całą krakowską magię, w Kazimierze i Rynki, bohemę i sztukę. Po spędzeniu tam 3 lat z okładem - mam dość. Ale od początku - tym razem będzie też o ludziach, bo niektóre ludzie domagały się żeby o nich napisać na blogasku - że niby tacy fajni są.

Dawno, dawno temu...albo nie. Po prostu - przyjechałam, poimprezowałam, znudziło mi się, potem znowu imprezowałam, następnie znowu mi się znudziło, a ostatecznie spotkałam kogoś kto całkiem skutecznie spróbował mi zrujnować życie. Daruję sobie tutaj ckliwe opowiastki, bo postać nie jest warta tego, żeby o niej pisać, poza tym w tle jest zdecydowanie więcej krzyków i autentycznie złych występków niż łez i czekania na telefon, zatem na melodramat się nie nadaje a ja mam mdłości kiedy piszę o emocjonalnych rozterkach, w każdym razie rzecz nie dotyczy miłości ani żadnego takiego paskudztwa. W życiu. Ważne jest jednak to, co było przedtem.

Z perspektywy czasu - skarbem Krakowa są ludzie, głównie przyjezdni, którzy tak jak ja dali się wyfrajerzyć i złapali się na te magiczności. Pierwszy rok był dość ciężki, bo po początkowym okresie społecznej izolacji (obiecywałam sobie, że na studiach koniec z hulaszczym trybem życia, jest nauka i koniec) rzuciłam się w wir rozrywek na tyle głęboko, że ledwo udało mi się wypłynąć na czas sesji. Z tego miejsca pozdrawiam serdecznie mojego kumpla Kiszczaka, któremu (przy wymiernej pomocy Karoli i Fali) zawdzięczam wiele niezapomnianych chwil, np. tą, kiedy podpuścił mnie o 4 nad ranem żebym zastukała w okienko tzw. "suki" stojącej na rynku i pomachała do panów policjantów. A to jest jedna z tych mniej rozrywkowych historii. Ukłon także w stronę Gordona, u którego mieszkałam przez rok - z całą pewnością nie słyszałam nigdy wcześniej ani później o innym mieszkaniu zasiedlonym przez rudego kota w stylu Garfielda oraz popiersie Marszałka, w którym panowie przy piwku, lub bardziej po słowiańsku - wódeczce - rozprawiają ze swobodą o poezji młodopolskiej tudzież literaturze rosyjskiej XIX wieku. Cytując ją nierzadko w oryginale. A wszystko to w klimacie iście młodopolskim, łącznie ze stylówą - trudno opisać, to trzeba było zobaczyć. Wiele mogę powiedzieć o Gordonie, ale przede wszystkim powiem, że ma rzadką umiejętność sprawiania, że ludzie czują się przy nim głupi i nędzni. Jeśli wejdziecie kiedyś do pubu i będzie tam siedział koleś w fezie na głowie, pykający ironicznie (nie wiem jak to robi, ale serio - ironia aż wali po oczach) fajeczkę - to może być on. Dzięki bogom za moją megalomanię, szczęśliwie dla mnie wytrzymała napór megalomanii równie wielkiej.

(Btw i tak wiem, że część z Was to czyta, szalenie mnie to raduje, chociaż nie mogę Was z tego powodu za bardzo obgadywać, bo się jeszcze obrazicie czy coś.)

Ale właściwie miało być o tej magii. Początkowo zachłysnęłam się nieco krakowskim klimatem, zwłaszcza że dane mi było mieszkać o 10 minut drogi pieszo od Rynku Głównego - wiecie, kamieniczki, Planty, bruki, uliczni artyści, czyli wszystko co to tak rajcuje turystów. Zachwycałam się tak mniej więcej przed dwa miesiące, potem włączyła mi się stała opcja - cynizm i od razu świat przestał być taki różowy. Przede wszystkim artyści - snułam sobie jakieś wizje wielkiej sztuki, bohemy i ogólnie najbardziej alternatywnej alternatywy ever. A w rzeczywistości - w Krakowie każdy jest artystą. Przyjechałam ze Śląska, gdzie każdy chłopak gra W COŚ, czyli głównie kopie piłkę po boisku (nie wiem po co, bo to nuda straszna) - a po przejściu na ruchową emeryturę, czyli w okolicy 30stki zajmuje miejsce na kanapie z puszką piwa, oglądając - oczywiście - meczyk. Na studiach chyba po raz pierwszy w życiu spotkałam przedstawicieli płci przeciwnej, którzy nie mieli pojęcia, na czym polega spalony. Bo w Krakowie prawie każdy gra, ale NA CZYMŚ - jeśli nie na puzonie albo fortepianie, to przynajmniej na harmonijce (pozdro dla Zośki, wirtuoza oboju - Twoi rodzice mieli niesamowite szczęście, że wybrałaś tak piękny i donośny instrument), nierzadko na Floriańskiej, w klubie, albo w przejściu koło Dworca Głównego (jedni lepiej, drudzy gorzej, o tych co grają kiepsko nie będę pisać, a o tych lepszych napiszę osobno). Rzecz tyczy się oczywiście reprezentantów obojga płci. Jeśli delikwent nie gra, to niechybnie rzeźbi / maluje / tańczy / śpiewa albo cholera wie co jeszcze. Ogólnie - w Krakowie wystarczy strugać łódeczki z kory i malować je farbą do pisanek, żeby nazywać się artystą. Jeśli ktoś sfilmowałby te łódeczki podczas rejsu w umywalce, to mamy już gotowy performance (muszę to szybko wykorzystać zanim ktoś mi pomysł ukradnie). Można przebierać w fotografach, poetach (ogromne zagęszczenie tychże na metr kwadratowy), muzykach i malarzach - i nietrudno odnieść wrażenie, że to miasto przepełnione jest nieodkrytymi geniuszami. Dodajmy do tego uniwersytet na co drugiej ulicy (kiedyś to były akademie i szkoły wyższe, ale ichnie władze postanowiły dodać sobie +100 do lansu) i mamy miasteczko uniwersyteckie w dosłownym znaczeniu.

Ach, ta bohema. Na fali ogólnego trendu dryfuję sobie także i ja, beztrosko i bezczelnie, gryząc poniekąd rękę, która mnie karmi. Bo lans na bycie nieodkrytym talentem sprawdza się tak dobrze chyba tylko tutaj. W żadnym innym mieście nie jest tak łatwo zostać artystą. Zatem zachęcam do pakowania swojej kolekcji origami, domowej manufaktury pióropuszy czy też gitary. Przyjedź do Krakowa, daj się odkryć.

Gods bless you.

P.S. Podjarałam się, że udało mi się napisać krótki tekst, ale z tego co widzę, wcale nie jest taki krótki. Damn it.

środa, 22 czerwca 2011

Prokrastynacja.

 wykonanie: Katarzyna Groniec. boskie!

Wydawać by się mogło, że nie mam pomysłu na kolejne posty - w rzeczywistości jednak codziennie chciałabym pisać o tysiącu rzeczy. W efekcie nie mogę się zdecydować, zebrać w sobie - i nie piszę wcale. Szalenie racjonalne, jak większość moich decyzji. Poza tym - problem czasu, który wypadałoby poświęcać na naukę. Z punktu widzenia logiki powinnam z podręcznikami rozstawać się teraz tylko podczas kąpieli a i to niekoniecznie. Jak co roku o tej porze, intensywnie praktykuję feng shui (śmiejcie się śmiejcie, to naprawdę działa) i mam nadzieję, że mojego szczęścia wystarczy, żeby znowu przejść przez sesję z tarczą (do tej pory udawało mi się nawet załapać na stypendium naukowe, zatem tak jak mówię - DZIAŁA).

Chyba każdy student wie, jakie to uczucie - przychodzi sesja, w człowieka wstępuje nowa energia, pęd do działania, do robienia tysiąca rzeczy - poza nauką. Nagle jednostka ludzka odkrywa, że MUSI obejrzeć dobry film, przeczytać książkę, spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, nauczyć się gotować, robić na drutach, skakać na spadochronie, przesłuchać z sentymentu całą dyskografię Iron Maiden albo jeszcze raz machnąć sobie 7 sezonów "Dra House'a". Oczywiście - ja też. W tej chwili powinnam pisać pracę zaliczeniową o zjawisku karōshi albo wkuwać szczegóły irańskiego rytuału oczyszczającego. Zamiast tego zdążyłam już nawet wykąpać psa i posegregować tematycznie ocen książek, który otacza mnie w domu. Czekam na moment, kiedy zacznie mi się nudzić tak bardzo, że z braku innych opcji sięgnę po podręczniki, ale nie jestem specjalnie przepełniona wiarą, że ta chwila nadejdzie w tym stuleciu.

Cóż...skoro i tak perfidnie lecę już w głupa, chciałabym się podzielić swoimi sposobami na odciąganie się od nauki. Są to tzw. metody kamuflujące, które pozwalają potem bezczelnie twierdzić "NO ALE JA SIĘ UCZYŁEM!" (z uwagi na to, że człowiek siedzi w domu i nawet nierzadko w okolicy książek).

1. Najprostszą metodą jest Facebook, czyli (przy dobrze dobranych znajomych i lubianych stronach) skrót wszystkich ciekawostek, które warto znać. Sama założyłam konto dopiero w listopadzie zeszłego roku, właściwie tylko po to, żeby codziennie dostać pod nos linki z dobrą muzyką - jako narzędzie odciągające FB (a właściwie przekierowania do Youtube) wycina mi codziennie minimum godzinę z życiorysu (czasu maksymalnego nie podaję, bo mi wstyd). Najważniejsze to nie ograniczać się pod względem gatunku - sesja jest świetną okazją do poszerzenia muzycznego słuchokręgu. Do moich faworytów należą w tej chwili: PJ Harvey ("Let England Shake"), Does It Offend You, Yeah? ("You Have No Idea What You're Getting Yourself Into" i "Don't Say We Didn't Warn You"), Eskmo, POE, Ghostpoet, Style of Eye, L.U.C., Beirut, Baths, Parov Stelar i jakiś pierdyliard innych.

2. Seriale - najlepsi kumple studenta w okresie sesji. Gusta są różne, ale z moich badań empirycznych wynika, że w tej sesji najwięcej ludzi symuluje naukę przy "Grze o tron" (osobiście polecam), "South Parku" (także, mój absolutny faworyt ever), "Czystej krwi", "Plotkarze", "Glee" i "Jak poznałem waszą matkę" (takowoż bardzo przyjemne). To, czy serial jest obecnie emitowany, czy skończył się już dawno, nie ma znaczenia - w okresie sesji najlepiej ogląda się całe sezony, jeden odcinek za drugim. Prawdziwy student ogląda oczywiście seriale w sieci albo ściąga je przez torrenty, telewizja jest lamerska.

3. Książki. To już rzadziej, czytanie nie jest obecnie trendy ani cool, więc w użyciu są bardziej kolorowe magazyny niż literatura. W okresie sesji do najpopularniejszych czytadeł należą oczywiście: blok fantasy (jeśli są miecze, smoki i palenie wiosek, książka nadaje się idealne, chociaż od jakiegoś czasu dość poczytne są też motywy anielskie) oraz współczesne warianty baśni o Kopciuszku lub Królewnie Śnieżce, czyli wstydliwa część literatury określana mianem "kobiecej". Ostatecznie nie po to człowiek kombinuje jak się odciągnąć od wypełnionych wiedzą cegiełek, żeby męczyć mózg, ale warto też nie spadać poniżej pewnego poziomu i nie sięgać np. po wypociny Jacka Piekary albo ckliwe historyjki o diable w kiecce od Prady. Nie aspirując do poziomu znawcy literatury (a zresztą, co mi tam), mogę polecić - jako przyjemne i wciągające, lekkie (akurat na okres sesji), ale nie żenujące: wszystkie książki Neila Gaimana, zwłaszcza "Nigdziebądź" i komiksy z cyklu "Sandman" (słowo "komiks" nabiera nowego znaczenia), "Świat Dysku" Pratchetta, "Madame" Antoniego Libery, "Białe zęby" i "O pięknie" Zadie Smith, kryminały Harlana Cobena albo coś Kurta Vonneguta. Gusta, jak wiadomo, są różne, ale literatura to nie kiecka i naprawdę istnieje coś takiego jak dobre i denne książki.

4. "Pouczmy się razem", czyli" "wpadnij na fajkę, to pogadamy". Koń jaki jest, każdy widzi.

5. "A może się chwilę zdrzemnę..."

A co Wy robicie, żeby się nie uczyć? :)