Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popkultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popkultura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2011

Beznecie.

Brak internetu jest zaiste traumatycznym doświadczeniem. To uczucie, kiedy klikasz w ikonkę firefoxa, a ona łypie na ciebie szyderczo i śmieje ci się bezczelnie w twarz, mówiąc, że połączenia NIE MA - tego nie da się porównać z niczym innym. Nie ma co zrobić z rękoma, z oczami, człowiek nie wie w co się wgapić, czym się zająć - idzie trochę poprzeszkadzać innym, ponarzekać, że mu się nudzi, w międzyczasie coś przegryzie, potem znowu ponarzeka, może wyjdzie na spacer, ostatecznie - jeśli człowiek jest na poziomie - łapie za książkę. I pierwsze kilka dni da się nawet znieść - prawdziwy horror zaczyna się po ok. tygodniu, kiedy każda komórka ciała wyrywa się w stronę komputera, który - jak wiadomo - bez szybkiego łącza internetowego nie ma zbyt wielu zastosowań. 

Mam na imię Magda i jestem dzieckiem ciężko uzależnionym od internetu. Nawet wtedy, gdy z niego nie korzystam - po prostu dla własnego komfortu psychicznego muszę mieć świadomość, że gdzieś tam jest i przyjdzie na wołanie. I uwierzcie, że Facebook jest tu akurat najmniej istotny. Tak naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć, w jaki sposób marnuję czas przy komputerze (bo to, że marnuję go w ilościach hurtowych, jest oczywiste) - ja sobie klikam tu i tam, słucham muzyki, czytam newsy z zakresu szeroko pojętej kultury popularnej i niepopularnej i ogólnie udaję, że robię coś produktywnego. Czasami popracuję mało-wiele (konia z rzędem temu, kto wie, jak powinno się to zapisywać), ogarnę blogaski swoje i znajomych (bo są tacy hot i trendy, że mają te blogaski) i zaczynam zabawę od początku. 

Ale już dobrze, już wszystko gra. Internet powrócił do mnie w końcu i chociaż musiałam poświęcić kilka dni na odbudowanie naszego związku, obecnie układa nam się idealnie. Nasze niedawno wynajęte mieszkanie w podgórskiej kamienicy nareszcie zaczyna wypełniać się ciepłem i nie jest już zimno jak w psiarni, zaczynam powoli odplątywać warstwy koców, szlafroków i dresów, a dłoń sterująca myszką nie pokrywa się już szronem po wyciągnięciu z rękawa.

Fajnie tu, na tym Podgórzu. Otaczają nas lumpeksy i sklepy ze starociami, co przyda się na pewno - jako że dual umyślić sobie zorganizować Andrzejki w klimacie retro (początek XX wieku). Rozpisał też program imprezy:
- lanie woskiem
- lanie masłem
- buty aż do progu
- fusy po zagranicznej kawie
- kości gołębie
- podrzucanie krwawnika
- prawdziwy Andrzej.
 co sprawia, że sama chcę to zobaczyć, bo to wszystko nie może skończyć się dobrze - nawet biorąc pod uwagę fakt, że w nasza kamienica charakteryzuje się dość dużym współczynnikiem studenta na metr kwadratowy, a normalnych ludzi w zasadzie prawie tu nie ma.

Dzisiaj mieliśmy oglądać "Conana" i dual niespodziewanie wymyślił sobie, że jest podobny do głownego aktora, czyli do Khala Drogo z "Gry o tron", tyle że nie przypomina go ani w "Conanie" ani w "Grze", a w serialu "Gorące Hawaje". Fakt, nie jest może aż tak estetyczny (znaczy się, dual nie jest) i ma niewyregulowane brwi, ale podobieństwa odmówić nie można. Trochę go stunningujemy i będzie cacy. Ostatnio odkryliśmy też, że nasz inny kumpel, zwany Fransem, podobny jest do Enrique Iglesiasa, ale ciągle czekamy na dobry moment, żeby go lekko wyszydzić i publicznie znieważyć.


I na dzisiaj to tyle, bo szczęśliwie udało mi się skutecznie odmóżdżyć. Good night and good luck.

Gods bless you.

środa, 22 czerwca 2011

Prokrastynacja.

 wykonanie: Katarzyna Groniec. boskie!

Wydawać by się mogło, że nie mam pomysłu na kolejne posty - w rzeczywistości jednak codziennie chciałabym pisać o tysiącu rzeczy. W efekcie nie mogę się zdecydować, zebrać w sobie - i nie piszę wcale. Szalenie racjonalne, jak większość moich decyzji. Poza tym - problem czasu, który wypadałoby poświęcać na naukę. Z punktu widzenia logiki powinnam z podręcznikami rozstawać się teraz tylko podczas kąpieli a i to niekoniecznie. Jak co roku o tej porze, intensywnie praktykuję feng shui (śmiejcie się śmiejcie, to naprawdę działa) i mam nadzieję, że mojego szczęścia wystarczy, żeby znowu przejść przez sesję z tarczą (do tej pory udawało mi się nawet załapać na stypendium naukowe, zatem tak jak mówię - DZIAŁA).

Chyba każdy student wie, jakie to uczucie - przychodzi sesja, w człowieka wstępuje nowa energia, pęd do działania, do robienia tysiąca rzeczy - poza nauką. Nagle jednostka ludzka odkrywa, że MUSI obejrzeć dobry film, przeczytać książkę, spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, nauczyć się gotować, robić na drutach, skakać na spadochronie, przesłuchać z sentymentu całą dyskografię Iron Maiden albo jeszcze raz machnąć sobie 7 sezonów "Dra House'a". Oczywiście - ja też. W tej chwili powinnam pisać pracę zaliczeniową o zjawisku karōshi albo wkuwać szczegóły irańskiego rytuału oczyszczającego. Zamiast tego zdążyłam już nawet wykąpać psa i posegregować tematycznie ocen książek, który otacza mnie w domu. Czekam na moment, kiedy zacznie mi się nudzić tak bardzo, że z braku innych opcji sięgnę po podręczniki, ale nie jestem specjalnie przepełniona wiarą, że ta chwila nadejdzie w tym stuleciu.

Cóż...skoro i tak perfidnie lecę już w głupa, chciałabym się podzielić swoimi sposobami na odciąganie się od nauki. Są to tzw. metody kamuflujące, które pozwalają potem bezczelnie twierdzić "NO ALE JA SIĘ UCZYŁEM!" (z uwagi na to, że człowiek siedzi w domu i nawet nierzadko w okolicy książek).

1. Najprostszą metodą jest Facebook, czyli (przy dobrze dobranych znajomych i lubianych stronach) skrót wszystkich ciekawostek, które warto znać. Sama założyłam konto dopiero w listopadzie zeszłego roku, właściwie tylko po to, żeby codziennie dostać pod nos linki z dobrą muzyką - jako narzędzie odciągające FB (a właściwie przekierowania do Youtube) wycina mi codziennie minimum godzinę z życiorysu (czasu maksymalnego nie podaję, bo mi wstyd). Najważniejsze to nie ograniczać się pod względem gatunku - sesja jest świetną okazją do poszerzenia muzycznego słuchokręgu. Do moich faworytów należą w tej chwili: PJ Harvey ("Let England Shake"), Does It Offend You, Yeah? ("You Have No Idea What You're Getting Yourself Into" i "Don't Say We Didn't Warn You"), Eskmo, POE, Ghostpoet, Style of Eye, L.U.C., Beirut, Baths, Parov Stelar i jakiś pierdyliard innych.

2. Seriale - najlepsi kumple studenta w okresie sesji. Gusta są różne, ale z moich badań empirycznych wynika, że w tej sesji najwięcej ludzi symuluje naukę przy "Grze o tron" (osobiście polecam), "South Parku" (także, mój absolutny faworyt ever), "Czystej krwi", "Plotkarze", "Glee" i "Jak poznałem waszą matkę" (takowoż bardzo przyjemne). To, czy serial jest obecnie emitowany, czy skończył się już dawno, nie ma znaczenia - w okresie sesji najlepiej ogląda się całe sezony, jeden odcinek za drugim. Prawdziwy student ogląda oczywiście seriale w sieci albo ściąga je przez torrenty, telewizja jest lamerska.

3. Książki. To już rzadziej, czytanie nie jest obecnie trendy ani cool, więc w użyciu są bardziej kolorowe magazyny niż literatura. W okresie sesji do najpopularniejszych czytadeł należą oczywiście: blok fantasy (jeśli są miecze, smoki i palenie wiosek, książka nadaje się idealne, chociaż od jakiegoś czasu dość poczytne są też motywy anielskie) oraz współczesne warianty baśni o Kopciuszku lub Królewnie Śnieżce, czyli wstydliwa część literatury określana mianem "kobiecej". Ostatecznie nie po to człowiek kombinuje jak się odciągnąć od wypełnionych wiedzą cegiełek, żeby męczyć mózg, ale warto też nie spadać poniżej pewnego poziomu i nie sięgać np. po wypociny Jacka Piekary albo ckliwe historyjki o diable w kiecce od Prady. Nie aspirując do poziomu znawcy literatury (a zresztą, co mi tam), mogę polecić - jako przyjemne i wciągające, lekkie (akurat na okres sesji), ale nie żenujące: wszystkie książki Neila Gaimana, zwłaszcza "Nigdziebądź" i komiksy z cyklu "Sandman" (słowo "komiks" nabiera nowego znaczenia), "Świat Dysku" Pratchetta, "Madame" Antoniego Libery, "Białe zęby" i "O pięknie" Zadie Smith, kryminały Harlana Cobena albo coś Kurta Vonneguta. Gusta, jak wiadomo, są różne, ale literatura to nie kiecka i naprawdę istnieje coś takiego jak dobre i denne książki.

4. "Pouczmy się razem", czyli" "wpadnij na fajkę, to pogadamy". Koń jaki jest, każdy widzi.

5. "A może się chwilę zdrzemnę..."

A co Wy robicie, żeby się nie uczyć? :)

niedziela, 22 maja 2011

Ekoterroryści wyszli na żer.

Temat znowu oklepany jak cholera, a co gorsza - nierozwiązywalny. Pewnie zmilczałabym, gdyby nie ostatnie spotkanie trzeciego stopnia na krakowskim rynku.

Kiedy tylko pogoda pozwala, przez to niesamowicie magiczne i w ogóle słitaśne miejsce przewalają się hordy turystów, studentów, wszelkiej maści domorosłych artystów, przypadkowych przechodniów i innych zboczeńców (w tym ja). Wprawne oko stałego bywalca potrafi już z daleka wyszukiwać punkty potencjalnie niebezpieczne i planuje trasę tak, żeby omijać z daleka żuli, ankieterów, samozwańczych dziennikarzy, fotografów street fashion, biegające jak kot z pęcherzem dzieci oraz inne upierdliwe obiekty mobilne. Czasami jednak szczęście opuszcza każdego. Wczoraj opuściło mnie - chwila nieuwagi wystarczyła, żeby dorwała mnie najgorsza zaraza krakowskiego rynku, czyli sępy od Greenpeace. Normalnie wrodzony wdzięk i złoty medal w kłamstwie na krótkim dystansie (na długim zresztą też) wystarczyły mi w zupełności, żeby spławić natrętnego typa, ale trafiłam chyba na gościa wychowanego bezstresowo przez uległych rodziców, bo na moje ostrzegawcze warknięcie w biegu zareagował tylko szybszym truchcikiem i wyraźnym brakiem zrozumienia dla wyrażenia "nie".

phot. by Piotr Semberecki
Serio, staram się być ekologiczna. Zakręcam wodę przy myciu zębów, segreguję śmieci, wydaję dziką kasę na ekożarcie i latam do supermarketu z własną siatką na zakupy. Staram się robić wszystko to, co jest dla mnie w miarę łatwe, możliwe, osiągalne, nie oszukując się przy tym, że zbawiam jakoś specjalnie świat w pojedynkę. Nie czuję się specjalnie niegodziwym człowiekiem.

Problem z Greenpeace polega jednak na tym, że nikt z tych odzianych w zielone t-shirciki kolesi nie będzie edukował cię na temat zakręcania wody. Oni chcą kasy. I to najlepiej nie jednorazowego "masz 5 złotych, odwal się", tylko deklaracji stałych dotacji - jak zostało mi to wyjaśnione po wciśnięciu w dłoń stosownych uloteczek, kiedy koleś nawijał o martwych fokach i plamach ropy na oceanie. 

Nie, nie jadę po ekologach i nie, nie czuję nienawiści do tych ludzi. Dostaję jednak piany na pysku na myśl, że miałabym dać coś więcej niż adekwatnego kopa organizacji, która słynie głównie nie z akcji eko, ale ze skandali ekoterrorystycznych. Oczywiście, telewizja kłamie, prasa kłamie, wszyscy kłamią - ale skoro tak, to może Greenpeace powinno wymienić sztab odpowiedzialny za PR, bo sądząc z tego, jak są traktowani, ludzie kojarzą ich głównie z destrukcją.

Kiedy myślę o Greenpeace, przesuwają mi się przez oczyma obrazy - futro jakiejś aktorki oblane czerwoną farbą, motorówka wysadzona w powietrze na środku jeziora (ryby płoszyła, co z tego, że akurat ludzie nią płynęli - ryby przede wszystkim); przywiązywanie się do drzew, kontrowersyjne wypowiedzi w mediach, wykradanie zwierząt z laboratoriów. Oczywiście, że upraszczam - ludzki umysł to nie maszyna i opinię wydajemy na podstawie wybranych informacji. Ale wszystkie te skandale sprawiają, że postępowanie organizacji robi wrażenie tylko na tych, którzy nie są w stanie samodzielnie pomyśleć - głośnymi jednorazowymi zrywami łatwo dotrzeć do tłumu. Nic to, że te akcje nie odniosły żadnego efektu, poza licznymi procesami karnymi wobec jawnych napaści i aktów terroryzmu (bo ja nie wiem jak inaczej nazwać wysadzenie komuś motorówki wypakowanej ludźmi). Ważne, że w mediach było głośno i głupi tłum wpłaci kasę na następny słoik farby do oblewania futer. Nie twierdzę bynajmniej, że Greenpeace nie robi nic pożytecznego, jedynie zaznaczam fakt, że w czasie, który poświęcili na bicie piany i dręczeniu ludzi, oczyściliby już spokojnie ocean.

phot. by Piotr Semberecki

Byłam kiedyś na wykładzie prowadzonym przez jednego z poważniejszych (ponoć) członków Greenpeace - i usłyszałam dokładnie to, czego się spodziewałam (nie, nie podam żadnych nazwisk ani dat dla uwiarygodnienia, bo to nie "Super Express" i nie notuję takich rzeczy w nadziei na obrzucenie kogoś guanem). Było dużo martwych fok (co tam segregowanie śmieci, foki są!) i aktorek noszących futra, dużo sloganów i krzyków, machanie rękoma, drastyczne fotki puszczane z najnowszego Airbooka i pan prowadzący w skórzanych Martensach i kurtce z H&M. Co tam, że chińskie dzieci zapieprzają przy taśmie za głodowe pensje, pan prowadzący ratuje foki. A skóra ze świni to nie to samo co futro puszystego szynszylka, no przecież.

Ja wiem, że nie da się ratować całego świata. Ale jaki jest sens pyskowania przeciwko systemowi, skoro siedzi się w nim po uszy i nakręca się go od wewnątrz? Nie to, żebym siedziała cicho. Ale nie czuję potrzeby walki ze światem w żadnej organizacji, nie lubię krzyków, manifestacji, ciągłego nawijania o tym, jak to jest źle i niesprawiedliwie. Po co to wszystko, skoro w większości przypadków kończy się na gadaniu? Już wolę posegregować te swoje głupie śmieci. Jeśli uda mi się namówić do tego kilkoro znajomych, to i tak rozwalam Greenpeace z palcem w nosie.

Nawrzeszczałam na tego gościa. Teraz mi trochę głupio. Ostatecznie - co mi zależy, niech sobie będzie naiwny. Póki przez rynek przewalają się tłumy wrogów futer (bo to jest obecnie hot) w chińskich ciuchach (czyli z sieciówek) szytych przez 12-letnie dzieci po nocach, wszystko jest ok. Ostatecznie fok broni się fajniej niż chińskich dzieci. Chińskie dzieci nie mają takich słodkich pyszczków. Wiwat hipokryzja!

Gods bless you.

poniedziałek, 2 maja 2011

Jaśnie państwo biorą ślub

dedykuję - Martynie :)

Cały wszechświat żyje TYM ślubem. Kate i Will, Will i Kate, a w tle: McQueen, nazwisko równie ważne (jeśli nie bardziej) co sami główni zainteresowani. Zasadniczo chodzi o to, że w całym spektaklu udział wzięli: TEN Will, jakaś tam Kate i TA sukienka, rzekomo najgłośniejsza kreacja naszego stulecia (odważne stwierdzenie, biorąc pod uwagę że zostało jeszcze prawie 90 lat do końca).

Świat normalnych ludzi podzielił się na dwa obozy - tych rozemocjonowanych, którzy całość śledzili na żywo na YT i do dzisiaj rozmawiają o koronkach i wycięciach oraz na tych, którym to, delikatnie mówiąc, wali. Osobiście należę do drugiej grupy. Rzeczony ślub razem z sukienką zwisa mi i powiewa, państwu młodym życzę sto lat w zdrowiu i pomyślności, oraz tego, aby pan młody nie stawał się z wiekiem coraz bardziej podobny do ojca (bo czoło już niebezpiecznie przesuwa mu się ku górze). Na Facebooku powstały setki stron na temat Kate i Williama - dotyczące ich ślubu, kreacji, nocy poślubnej, a nawet kapelusza jednej z księżniczek [sic!]. Nie, nie mam pojęcia, której, nie śledzę życia dworskiego (dobrze, że mam konto na fb, bo w ogóle nie pamiętałabym o ślubie). Sukienkę owszem, widziałam i mogę powiedzieć - że była. Pamiętam że była biała, z tyłu ciągnęło się pełno materiału i gdzieś tam były jakieś koronki. Reasumując - żal, a nie fashionistka ze mnie.

Na nieszczęście jest jeszcze trzecia grupa, ze szczególnym wskazaniem na Polskę - hejterzy. Celowo wspominam o Polsce, bo wydaje mi się, że np. w Hameryce, kiedy ludzie mają trochę wolnego czasu, robią sobie barbecue, idą na zakupy, może grają w coś, no nie wiem, cokolwiek. U nas natomiast jest pewna grupa frustratów, którzy każdą wolną chwilę (a mają ich nadmiar, sądząc po ilości komentarzy w internecie) spędzają, wylewając swoje kompleksy pod zdjęciami, postami i ogólnie gdzie popadnie. Zaskakujące, że są dookoła nas ludzie, którzy znaleźli czas, żeby obejrzeć taki ślub (mimo, że wała ich to obchodzi), znaleźć pierdyliardy hejterskich stron tematycznych na fb i polubić je, a potem na każdej wygłosić durny komentarz w stylu "ma ryj jak koń i wygląda jak wieśniara" (autentyk z fb). 

Zapewne nie pisałabym o tym w ogóle (bo w kółko tylko o tych hejterach, mam obsesję na tym punkcie), gdyby nie to znalezisko. Zastanawiam się - WTF, people? Zawsze uważałam, że hejterstwo należy wypalać ogniem do gołej ziemi - cenię sobie wolność słowa, ale jak widać po naszych politykach, nie zawsze służy ona słusznej sprawie. Bezkarność w wyrażaniu czego popadnie (bo o poglądach trudno tu mówić) skutkuje potem dziadkami z Wermachtu i listami IPNu. A autostrad jak nie było, tak nie ma.

Zastanawiam się też, czy taki post jak ten powyżej można podciągnąć pod zbrodnię nienawiści? Ostatecznie John Galliano wyleciał z ciepłej posadki u Diora za kilka głupich zdań o Żydach, którzy, jak wiemy, nie pozwalają się bezkarnie obrażać (pozdrowienia dla Mela Gibsona, cokolwiek teraz robi). Czy zatem za jawne okazywanie nienawiści nie powinno się wyciągać konsekwencji? Skoro zdania takie jak w tym poście są dopuszczalne, to czemu nie mogę legalnie kupić "Mein Kampf" Hitlera? Czy nienawiść rasowa jest gorsza od społecznej? Jestem naprawdę ciekawa, czy gdyby ktoś podjął próbę zamachu na Kate i jako inspirację wskazał takiego blogaska, byłoby możliwe wyciągnięcie konsekwencji prawnych wobec autorki (Charles Manson odsiaduje po dziś dzień, a "jedynie" podżegał do morderstwa)? Jasne, przesadzam. Bo przecież będzie czas na dyskusje, jak jakiś nawiedzony hejter kiedyś wyrazi fizycznie swoje animozje. Mówi się, że najgłośniej szczekają zawsze małe pieski - ale ze zwierzętami do końca nigdy nie wiadomo.

Tak się tylko zastanawiam.

P.S. To już jest jawny znak tego, że się czepiam, ale liczne (blogi!) spotkania z tym plakatem wyzwoliło we mnie jeszcze jedną falę uczuć. Na bogów, kiedy ludziom znudzi się wreszcie Kate Moss? Naprawdę nic do niej nie mam, ale przeglądając prasę modową (ale o zgrozo, nie tylko!) mam wrażenie że wszystkie inne modelki wyginęły, a na placu boju został tylko Anja Rubik i Kate. Przysięgam, jeśli jutro otworzę puszkę tuńczyka i tam TEŻ będzie Kate Moss, wyskoczę oknem. Ileż można?

Gods bless you.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Jak zostać hejterem. Samouczek.

  1. Wymyśl sobie dobry nick. Od dzisiaj nie masz już tożsamości. Masz nick. Nie przywiązuj się do niego, bo będziesz używał go tylko wtedy, kiedy nie będzie można dodać komentarza anonimowo. Anonimowy komentarz jest istotą hejtingu, tak samo jak anonimowy donos był istotą komunizmu. Jeśli masz na jakimś portalu założone konto, korzystaj z niego tylko do pisania pozytywnych komentarzy, bluzgi i hejty pisz anonimowo. 
  2. Nie przejmuj się posądzeniami o trolling. Z Kopernika też wszyscy się śmiali, a zmienił świat. Ty też możesz.
  3. Jeśli chcesz być prawdziwym hejterem, nie powinieneś za wiele czytać ani obcować z bardziej wyrafinowanymi formami kultury - to powoduje wzrost tolerancji i dystans do świata i samego siebie, a to nie są cechy, których potrzebuje hejter. Twoją biblią jest internet - zwłaszcza takie portale jak Pudelek.pl, gdzie znajdziesz najświeższe informacje ze świata szołbiznesu, które możesz hejtować. Dobrym miejscem na hejting są też blogi - nie przejmuj się faktem, że sam nie potrafisz pisać/robić zdjęć/gotować/whatever. Masz prawo napisać, jak beznadziejni są ci, co to robią.
  4. Ogranicz swoje życie towarzyskie - jeśli dużo imprezujesz i masz wielu znajomych, masz mniej czasu na hejting. Ponadto jeśli poznajesz wiele nowych osób, pojawia się znowu problem dystansu i tolerancji, a tego przecież nie chcesz.
  5. Poćwicz ironię. Czytaj basha, jak Kuba Wojewódzki, bądź nonszalancki jak Kuba Wojewódzki, śmiej się z Dody jak Kuba Wojewódzki, czasami rzuć jakimś błyskotliwym cytatem z wikipedii. Naśladuj Kubę Wojewódzkiego (mimo, że nie masz 50 lat, też możesz być cool w trampkach). Jednocześnie powinieneś go nienawidzisz. Status hejtera zobowiązuje.
  6. Pracuj ciężko, z nienawiścią i za niewielkie pieniądze, czuj się niedoceniany. To ważne. Jeśli będziesz dobrze zarabiał robiąc coś, co lubisz, nie będziesz na tyle sfrustrowany, żeby być hejterem. Możesz też nienawidzisz szkoły/swojego kierunku studiów/bezrobocia.
  7. Nie osiągaj sukcesów - zbyt duża ilość sprawia, że przestają cię obchodzić sukienki i skoki wagi Kasi Cichopek i inne równie ważne dla hejtera zagadnienia. Dopuszczalne są jedynie sporadyczne trofea sportowe na poziomie amatorskim.
  8. Nie oglądaj "Dnia świra". Ten film jest bluźnierczy i szydzi z hejtingu.
  9. Masz prawo nienawidzisz wszystkiego, co tylko zechcesz. Listę tego, co w danym sezonie wypada hejtować, znajdziesz na Hejter.eu - tam możesz podpisywać się stale loginem, jesteś wśród swoich. Oni nienawidzą także ciebie, ale przecież właśnie o to chodzi.
  10. Zawsze udawaj mądrzejszego, niż naprawdę jesteś, pozuj na intelektualistę - jeśli nie będą cię szanować, nikt nie będzie brał twoich bluzgów serio. Poza tym czytanie "Ulissesa" na ławce w parku działa na dziewczyny. Na chłopaków czasami też.
  11. Nie pal marihuany. Widziałeś kiedyś rastamana - hejtera? Trawka sprawi, że poczujesz miłość do świata i niewiele będzie cię obchodzić. Nienawiść wymaga zaangażowania. Pij wódkę. Tanią. Tania wódka jest hejterska.Oczywiście ją także możesz znienawidzić.
Gods bless you