niedziela, 7 sierpnia 2011

O zdychającej sztuce dyskursu

phot. by Katarzyna Hołda
Powiedzieć, że umiejętność dyskutowania na poziomie zanika lub zamiera, to mało. Ona po prostu zdycha na naszych oczach, jak mysz, którą dzisiaj upolowała moja demoniczna kotka i zamiast zabić - bawiła się nią, taką półżywą, dopóki nie wkroczyłam do akcji. Być może rozbestwiło mnie moje otoczenie, ludzie, których poznałam na studiach, starzy znajomi i przyjaciele, z którymi potrafię kłócić się zażarcie na kompletnie abstrakcyjne tematy, a potem ze spokojem i w zgodzie iść na piwo. Być może po prostu błędnie zakładałam, że każdy człowiek ma prawo do własnej opinii - bo jest to błędne założenie; jakim prawem opinię wyraża ktoś, kto nie ma pojęcia o temacie? Gdybym zabrała głos na temat wyższości jednej teorii w fizyce nad drugą, byłam równie śmieszna, co ludzie, którzy mają swoje zdanie na temat wojny w Iraku, mimo, że ich świadomość polityczna ogranicza się do oglądania "Panoramy". Panuje przekonanie, że wiek daje prawo wyrażania opinii na każdy temat, tak jakby dorosłość lub starość były równoznaczne z inteligencją, umiejętnością rozumienia i kojarzenia faktów oraz niezależnego myślenia. Ilość przeżytych lat nie jest proporcjonalna do ilości zdobytej wiedzy. Dlaczego zarzucenie 20-latkowi ignorancji jest normą obyczajową, a zrobienie tego samego wobec 60-latka zakrawa na skandal? 

phot. by Katarzyna Hołda
Nie wiem nic na temat tego, żeby szare komórki spontanicznie namnażały się w mózgu przez pączkowanie wraz z upływem czasu. Jeśli z kimś rozmawiam, wchodzę w dyskurs, nie ma znaczenia, czy rozmawiam z koleżanką, własną babcią, rektorem uczelni czy papieżem. Kultura języka jest taka sama dla wszystkich, w ramach dyskursu nie mieści się obelga, osobiste wycieczki i inne tanie chwyty. O ile mogę założyć, że potrafię wysławiać się na pewnym poziomie, w dyskusji chodzi tylko o udowodnienie swojej racji. Jakkolwiek by to nazwać, jest to walka, im bardziej wymagająca, tym ciekawsza, im bardziej uczciwa, tym trudniejsza. 

Dlaczego taki temat? Jak zwykle COŚ musiało mnie sprowokować - tym razem był to ktoś, kogo nazwę po prostu KTOSIEM, człowiek w podeszłym wieku, nobliwy i przekonany o własnej nieomylności. Tak naprawdę nieistotne jest, o co poszło i dlaczego, ważne że na dźwięk już pierwszych słów zalała mnie krew, jak zwykle kiedy cudza opinia godzi w mój światopogląd. Tryb niszczenia włączył mi się samoistnie, w myślach już katalogowałam argumenty żeby podeprzeć się czymś w nadchodzącym akcie destrukcji. Tak, jestem przemądrzała. Tak, kiedy chcę coś udowodnić, potrafię rzucać cytatami, autorami, wynikami badan i statystykami, przez co wychodzę na tą najgorszą, która zawsze musi mieć rację. A przecież wcale tak nie jest.

Niezmiernie cenię ludzi, którzy potrafią mnie do czegoś przekonać. Jednym celnym zdaniem sprawiają, że zatrzymuję się, rozpędzona, z nagłym przebłyskiem "o kurczę. nie myślałam nigdy o tym w ten sposób". Szczerze - uwielbiam to uczucie, mam wtedy wrażenie, że idę o krok naprzód, że właśnie odebrałam cenną lekcję od kogoś, kto w tej kwestii jest ode mnie mądrzejszy. Czego znieść nie mogę - założenia, że czyjś tytuł naukowy, wiek lub status społeczny dają niezbywalne prawo do posiadania wiedzy absolutnej, tego, że ktoś oczekuje ode mnie, że poprę jego zdanie tylko na podstawie faktu, że inni je popierają. 

Zaiste, kozy są mądrzejsze od owiec - wystarczy je poprowadzić, nie trzeba ich popędzać z kijem w dłoni. Rozumiem i jednocześnie nie rozumiem, że ludzie mają potrzebę szukania życiowych autorytetów, na których mogą się całkowicie oprzeć. O ile jest to łatwiejsze od samodzielnego myślenia, od sprzeciwu, od zanegowania pewnych ustalonych wartości. O ile łatwiej jest nie-myśleć, zostać owcą i potakiwać tym, których ustawiamy na drabinie intelektualnej ponad sobą. O ileż wygodniej.

Czym jest dyskusja? Dlaczego tej umiejętności nie ćwiczy się w szkołach, dlaczego zakłada się, że jest to zbyteczne? Nie dyskutując, sami hodujemy się na bezmyślne bydło, podatne na manipulację; w efekcie mamy polityków, na jakich zasługujemy - którzy zamiast kontrargumentów szukają dziadków z Wermachtu i Żydów w rodowodzie. A wszystko dlatego, że nie chce nam się myśleć, uważamy, że nie warto protestować, uważamy, że jeden głos niczego nie zmienia. 

Dla mnie zmienia. Pozwala zachować szacunek do siebie.
phot. by Katarzyna Hołda  

Wracając do Ktosia - mówiąc oględnie, trafił mnie szlag. Jako, że staram się być niesamowicie zen, o poziomie mojej złości świadczyły tylko wypieki na policzkach, podczas kiedy miałam tak naprawdę ochotę wrzeszczeć, słysząc potok bzdur opierających się na rasistowskich stereotypach, PRLowskiej polaczkowatości, braku szacunku dla człowieka jak autonomicznej jednostki. Nie potrafię milczeć, to jedna z moich wad. Nie mogę znieść, kiedy ktoś traktuje mnie protekcjonalnie i z pobłażaniem, dlatego, że mam "tylko 23 lata", a on - sądząc z poziomu zadufania w sobie - jakieś 650. 


phot. by Katarzyna Hołda
Z nieukrywaną przyjemnością i dumą rozniosłam pana na drzazgi, nie używając niczego więcej, niż logiki i furii - obydwu na zimno. Pan się obraził, rodzina zbeształa mnie za zrobienie z pana idioty, znowu jestem ta najgorsza. A wystarczyło nie otwierać paszczy i rozmawiać o pogodzie. Wystarczyło nie bluźnić Rydzykiem w moim własnym domu. Wystarczyło nie mówić zupełnie serio "kobiety do garów, czarnuchy na plantację, geje na krzesło, a Żydzi do gazu bo tak jest po bożemu".

Nie, nie każdy powinien mieć prawo do zabierania głosu. Nie każdy. 

I znowu jestem ta zła. Bo gdybym nie wypowiedziała wtedy wojny, gdybym nie zadeklarowała, że Ktosiowi więcej ręki nie podam, czułabym obrzydzenie dla swojej uległości. Całe życie pod górkę.

Miało być o dyskursie, a znowu popłynęłam w innym kierunku. Może kiedyś uda mi się skończyć tak, jak zaplanowałam. Spontaniczne pisanie ma swoje minusy :)


Gods bless you.

piątek, 8 lipca 2011

Kto plotkuje?



Wszyscy wiedzą, że kobiety plotkują - a przynajmniej robi to wspaniała większość z nich. Oczywiście, panie nie zostają dłużne szydzącym z nich mężom, ojcom, braciom itd. i twierdzą, że to właśnie mężczyźni więcej czasu spędzają na omawianiu gorących nowinek z życia znajomych i nieznajomych. Prawda, jak to zwykle z nią jest, leży gdzieś pośrodku i właściwie to kwestia nie jest rozwiązana. Zastanowiło mnie to któregoś dnia - z jednej strony chętnie powtarzany stereotyp baby-plotkary, z drugiej - mocna linia obrony pań, które twierdzą, że mężczyźni przy piwku nie dyskutują jedynie o piłce nożnej.

phot. by Piotr Semberecki


Przede wszystkim - kto zacz? Wydaje mi się, że "plotkowanie" z definicji dotyczy kogoś nieobecnego przy rozmowie oraz porusza tematy, o których ta osoba nie mówi oficjalnie. Czyli: missing person + temat tabu, upraszczając: seks, pieniądze, polityka, religia, problemy rodzinne, zdrowie. Zajmę się seksem, bo pieniędzy nie mam, polityką gardzę, religia mnie dotyczy tylko - że tak powiem - zawodowo, a problemy rodzinne i zdrowotne najczęściej są problemami z prawdziwego zdarzenia, czyli odwrotnie jak w przypadku relacji damsko-męskich.

Z racji przynależności płciowej nierzadko byłam uczestnikiem babskich plotek. Plotek, podkreślam, nie sabatu czarownic polegającego na obrabianiu komuś tyłka i wieszaniu psów na nieobecnych. Z mojej perspektywy było to nieszkodliwe kłapanie paszczą, nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek miało jakieś konsekwencje. Świat męskich pogaduszek otworzył się przede mną jednak tak naprawdę dopiero w zeszłym roku...

Zawsze miałam wielu kolegów, nie wiem nawet, czy nie więcej, niż koleżanek - głównie dlatego, że w latach szczenięcych dzieliłam czas na czytanie i na dynamiczne zabawy, gdzie wymachiwanie lalką wydawało mi się czynnością tak idiotyczną, że zdecydowanie wolałam w coś zagrać, tłuc się śnieżkami, albo wymordować nazistów w Wolfensteinie. Nie wspominając o tym, że potrafiłam bić się jak rasowy chuligan i w sytuacjach podbramkowych (tzn. kiedy musiałam przyjąć wyzwanie) zwykle to nie ja leciałam ostatecznie z płaczem do mamy. W każdym razie skutkiem moich wybryków było to, że w pewnych grupach byłam traktowana bardziej jak kumpel niż jak dziewczyna, co oznacza, że koledzy moi ukochani nie krępowali się ani z tematyką ani z formą wypowiedzi. Szczerze mówiąc, miałam wtedy wrażenie, że jedynym męskim tematem rozmów jest seks - kto, z kim, kiedy, ile razy, przy czym wiadomą rzeczą jest, że spora część liczb była totalnie niekwantyfikowalna - bo zmyślona. 

Punktem zwrotnym w tym badaniu socjologicznym okazało się dla mnie poznanie przyjaciół mojego ostatniego (na szczęście już byłego) chłopaka. Oswoiwszy się ze mną po początkowej nieufności zaczęli w końcu poruszać w mojej obecności sprawy bardziej prywatne. I zaczęło się...Jeśli kiedykolwiek wcześniej myślałam, że faceci TEGO nie robią, myliłam się strasznie. Słuchałam o związkach, rozpadach, powrotach, chorobach, przeprowadzkach, wstydliwych tajemnicach, właściwie o wszystkim tym, o czym rozmawiają przy kawie dziewczyny, oczywiście uwzględniając fakt, że to, co chłopcy przemilczeli, dochodziło do mnie drogą okrężną, bo mój wybranek spowiadał się każdorazowo, nieproszony, z cudzych tajemnic. Te męskie rozmowy przypominały mi nieco konspirację - krótkie uwagi wtrącone w potok codziennej gadki o wszystkim i niczym.

phot. by Piotr Semberecki
Wydaje mi się, że to chyba jedna z najważniejszych różnic - o ile kobiety plotkują oficjalnie, ba, specjalnie umawiają się w tym celu! o tyle mężczyźni wolą okrężną drogę:
- ej, stary, włącz TV bo mecz leci
- o, zajebiście, czekaj tylko piwo wezmę. Ty, a może zadzwonimy jeszcze po Radka, niech wpadnie też na browarka.
- co ty, ta jego Anitka go nie puści, ja nie wiem jak on z tą babą wytrzymuje, wzięła go za mordę tak krótko że bez pytania to ani na basen nie może wyjść. Ja bym ją rzucił z miejsca.
- Ty, a słyszałeś, że Olka z Bartkiem się rozeszli? Rzuciła go, podobno z jakąś tam na boku wywijał, gruba akcja. 
- No, słyszałem coś, trzeba by Tomka zapytać, on będzie wiedział co i jak. To co, dawaj ten meczyk...(dialog oczywiście totalnie fake, do celów poglądowych)
Że niby na meczyk się umówili. Bo przecież to wstyd, plotkować, mężczyźnie nie przystoi. 

Uderzyła mnie jedna rzecz. Większość moich koleżanek, przyjaciółek, kumpelek, chociaż raz w życiu narzekała w mojej obecności na swojego chłopaka / męża, jak zwał tak zwał. Że on niedobry, że nie pamięta o rocznicach, że za mało kocha, że lekceważy, że to, że tamto - ostatecznie każda chyba kobieta zna ten stan, kiedy Potencjalny Jedyny potrafi wyprowadzić z równowagi tak mocno, że aż się człowiek od ścian odbija w furii. Niezależnie od skali przewinienia, narzekanie jest środkiem mniej drastycznym niż wybatożenie łajdaka albo wyrzucenie jego rzeczy przez okno (chociaż to całkiem fajne uczucie, polecam w skrajnych przypadkach) - jednak po takiej rozmowie facet może spodziewać się zwykle najgorszego, jako że baby trzymają sztamę i najpewniej doradzą koleżance, żeby chłopa trzymała krótko. I przykro to mówić, ale babskie ploty nierzadko szkodzą związkom bardziej niż przysłowiowa teściowa. 

Owszem, słyszałam, jak moi kumple narzekają na swoje dziewczyny - jednak zwykle przychodzili wtedy raczej przygnębieni niż wściekli, a jeśli wściekli, to już z rozwiązanym problemem, bo świeżo po zerwaniu. Nie przypominam sobie jednak chyba, żeby któryś wyliczał tysiące wad, niedoskonałości, uchybień, a tym bardziej - żeby ze swojej kobiety szydził lub wyśmiewał się. Owszem, są patologiczne przypadki, kiedy ktoś upokarza partnera swoimi uwagami, ale mówię tu o normalnych, w miarę zdrowych związkach. I mam wniosek - kobiety są o niebo gorsze, o wiele mniej lojalne wobec partnerów niż faceci wobec nich. 

phot. by Piotr Semberecki
Mam wrażenie że mężczyzna traktuje zawsze swoją kobietę trochę jak trofeum, jeśli ją kocha, to jest dumny z tego, jaka jest, chce się nią chwalić, bo im jest wspanialsza (czy to ładna, czy zgrabna, czy bystra, dowcipna lub oczytana, to zależy od środowiska), tym wyższa jest jego pozycja w stadzie (szacuneczek kumpli jest). Jeśli on sam twierdzi, że jest beznadziejna, brzydka, gruba i głupia, samodzielnie obniża swoją wartość. Za to kobiety...pozbawione tego atawizmu, nie mają blokady zabraniającej im mówić o słabostkach swojego partnera. Jeśli ktoś temu zaprzeczy - litości! W różnych środowiskach, zależnie od poziomu "porządności" i otwartości, słuchałam różnych rzeczy. Wiem, którzy z chłopaków moich przyjaciółek mają fetysz na punkcie stóp. Wiem, który boi się ciemności, który ma zaburzenia erekcji, którego podniecają lolitki i który jest synusiem mamusi. Kobiety są otwarte - w zaufanym gronie często nie mają zahamowań, żeby powiedzieć przyjaciółce o najbardziej intymnych szczegółach życia, zwłaszcza gdy pojawia się problem. Jak dla mnie, to zdrowa reakcja, jeśli jej celem jest szukanie rozwiązania problemu. Ale drogie panie...czy naprawdę nie byłyście nigdy świadkiem lub uczestniczką prześmiesznej - bo prześmiewczej - dyskusji (zwykle po "jednej-lampce-wina-za-dużo"), której motywem przewodniem była ilość centymetrów upakowana w męskich bokserkach? Przysięgam, że o pewnych rzeczach wolałabym nie wiedzieć, bo trudno mi opanować śmiech, gdy patrzę na niektórych kolegów po tym, jak ich dziewczyny puściły farbę. I szczerze - uważam, tak jak nie słyszałam nigdy, żeby faceci spędzali wieczór nabijając się ze swoich byłych dziewczyn, że wypominanie słabostek ukochanych (zwłaszcza byłych) jest jednym z ulubionych kobiecych sportów.

Baby są wredne, serio. 

Do zbudowania tej wydumanej koncepcji nie użyłam żadnej teorii socjologicznej. Tak sobie po prostu radośnie bredzę.

P.S. A propos różnic między kobietami i mężczyznami: krótka scena z "Przyjaciół" (umieszczanie na stronie jest zablokowane)
gods bless you

środa, 22 czerwca 2011

Prokrastynacja.

 wykonanie: Katarzyna Groniec. boskie!

Wydawać by się mogło, że nie mam pomysłu na kolejne posty - w rzeczywistości jednak codziennie chciałabym pisać o tysiącu rzeczy. W efekcie nie mogę się zdecydować, zebrać w sobie - i nie piszę wcale. Szalenie racjonalne, jak większość moich decyzji. Poza tym - problem czasu, który wypadałoby poświęcać na naukę. Z punktu widzenia logiki powinnam z podręcznikami rozstawać się teraz tylko podczas kąpieli a i to niekoniecznie. Jak co roku o tej porze, intensywnie praktykuję feng shui (śmiejcie się śmiejcie, to naprawdę działa) i mam nadzieję, że mojego szczęścia wystarczy, żeby znowu przejść przez sesję z tarczą (do tej pory udawało mi się nawet załapać na stypendium naukowe, zatem tak jak mówię - DZIAŁA).

Chyba każdy student wie, jakie to uczucie - przychodzi sesja, w człowieka wstępuje nowa energia, pęd do działania, do robienia tysiąca rzeczy - poza nauką. Nagle jednostka ludzka odkrywa, że MUSI obejrzeć dobry film, przeczytać książkę, spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, nauczyć się gotować, robić na drutach, skakać na spadochronie, przesłuchać z sentymentu całą dyskografię Iron Maiden albo jeszcze raz machnąć sobie 7 sezonów "Dra House'a". Oczywiście - ja też. W tej chwili powinnam pisać pracę zaliczeniową o zjawisku karōshi albo wkuwać szczegóły irańskiego rytuału oczyszczającego. Zamiast tego zdążyłam już nawet wykąpać psa i posegregować tematycznie ocen książek, który otacza mnie w domu. Czekam na moment, kiedy zacznie mi się nudzić tak bardzo, że z braku innych opcji sięgnę po podręczniki, ale nie jestem specjalnie przepełniona wiarą, że ta chwila nadejdzie w tym stuleciu.

Cóż...skoro i tak perfidnie lecę już w głupa, chciałabym się podzielić swoimi sposobami na odciąganie się od nauki. Są to tzw. metody kamuflujące, które pozwalają potem bezczelnie twierdzić "NO ALE JA SIĘ UCZYŁEM!" (z uwagi na to, że człowiek siedzi w domu i nawet nierzadko w okolicy książek).

1. Najprostszą metodą jest Facebook, czyli (przy dobrze dobranych znajomych i lubianych stronach) skrót wszystkich ciekawostek, które warto znać. Sama założyłam konto dopiero w listopadzie zeszłego roku, właściwie tylko po to, żeby codziennie dostać pod nos linki z dobrą muzyką - jako narzędzie odciągające FB (a właściwie przekierowania do Youtube) wycina mi codziennie minimum godzinę z życiorysu (czasu maksymalnego nie podaję, bo mi wstyd). Najważniejsze to nie ograniczać się pod względem gatunku - sesja jest świetną okazją do poszerzenia muzycznego słuchokręgu. Do moich faworytów należą w tej chwili: PJ Harvey ("Let England Shake"), Does It Offend You, Yeah? ("You Have No Idea What You're Getting Yourself Into" i "Don't Say We Didn't Warn You"), Eskmo, POE, Ghostpoet, Style of Eye, L.U.C., Beirut, Baths, Parov Stelar i jakiś pierdyliard innych.

2. Seriale - najlepsi kumple studenta w okresie sesji. Gusta są różne, ale z moich badań empirycznych wynika, że w tej sesji najwięcej ludzi symuluje naukę przy "Grze o tron" (osobiście polecam), "South Parku" (także, mój absolutny faworyt ever), "Czystej krwi", "Plotkarze", "Glee" i "Jak poznałem waszą matkę" (takowoż bardzo przyjemne). To, czy serial jest obecnie emitowany, czy skończył się już dawno, nie ma znaczenia - w okresie sesji najlepiej ogląda się całe sezony, jeden odcinek za drugim. Prawdziwy student ogląda oczywiście seriale w sieci albo ściąga je przez torrenty, telewizja jest lamerska.

3. Książki. To już rzadziej, czytanie nie jest obecnie trendy ani cool, więc w użyciu są bardziej kolorowe magazyny niż literatura. W okresie sesji do najpopularniejszych czytadeł należą oczywiście: blok fantasy (jeśli są miecze, smoki i palenie wiosek, książka nadaje się idealne, chociaż od jakiegoś czasu dość poczytne są też motywy anielskie) oraz współczesne warianty baśni o Kopciuszku lub Królewnie Śnieżce, czyli wstydliwa część literatury określana mianem "kobiecej". Ostatecznie nie po to człowiek kombinuje jak się odciągnąć od wypełnionych wiedzą cegiełek, żeby męczyć mózg, ale warto też nie spadać poniżej pewnego poziomu i nie sięgać np. po wypociny Jacka Piekary albo ckliwe historyjki o diable w kiecce od Prady. Nie aspirując do poziomu znawcy literatury (a zresztą, co mi tam), mogę polecić - jako przyjemne i wciągające, lekkie (akurat na okres sesji), ale nie żenujące: wszystkie książki Neila Gaimana, zwłaszcza "Nigdziebądź" i komiksy z cyklu "Sandman" (słowo "komiks" nabiera nowego znaczenia), "Świat Dysku" Pratchetta, "Madame" Antoniego Libery, "Białe zęby" i "O pięknie" Zadie Smith, kryminały Harlana Cobena albo coś Kurta Vonneguta. Gusta, jak wiadomo, są różne, ale literatura to nie kiecka i naprawdę istnieje coś takiego jak dobre i denne książki.

4. "Pouczmy się razem", czyli" "wpadnij na fajkę, to pogadamy". Koń jaki jest, każdy widzi.

5. "A może się chwilę zdrzemnę..."

A co Wy robicie, żeby się nie uczyć? :)

sobota, 18 czerwca 2011

Mistrzowie podrywu.



Zawsze wychodziłam z założenia, że podryw w klubie "na drinka przy barze" to coś, co przytrafia się dziewczętom ślicznym, zgrabnym i promiennym. Jako, że nie łapię się pod żadną z tym kategorii, moje doświadczenia w tej materii sprowadzały się do kilku incyndentów bez ciągu dalszego (w tym miejscu serdecznie dziękuję moim kolegom, którzy zawsze skutecznie odstraszali mi potencjalnych "tych jedynych"). Inna sprawa, że zwykle chodziłam do klubu przepełniona albo chęcią intensywnej zabawy albo potrzebą upodlenia się, a do żadnej z tych czynności nie są mi potrzebni przypadkowi przystojniacy w wypastowanych butach. Spać po imprezie lubię we własnym łóżku, zajmując całą dostępną przestrzeń, a za mąż mi się nie spieszy, stąd w większości przypadków nie widzę sensu wymieniać nawet numerów telefonu. Ogólnie - nie wierzę w barowe znajomości, tak samo jak w szukanie miłości przez internet.

phot. by Piotr Semberecki

Nie do końca zatem ogarniam, co zdarzyło się ostatnio - może przeważył fakt, że po raz pierwszy w życiu zdołałam się zdekoncentrować jednym piwem (wypitym w upalny dzień w ogródku krakowskiego Re), a potem raźno pomaszerowałam prosto na koncert do Studia, gdzie poszło już z górki. Nie, nie chwalę się tym - i w sumie nie było nawet tak źle. Ale upał w połączeniu z zimnym Żywcem (którego notabene nie jestem fanką) sprawiły, że byłam mniej wredna niż zwykle, toteż...

DAŁAM SIĘ WYRWAĆ PRZY BARZE. W studenckim klubie Studio. I to nawet nie na drinka. Na piwo. Na browara po prostu. O ile miałam niedawno przejściowe lęki, czy przypadkiem nie staję się zbyt poważna i dorosła, teraz nie mam już obaw. Mam tako samo nakopane w głowie, jak 5 lat temu.

phot. by Piotr Semberecki
Przyszłam do klubu w dżinsach i różowych trampkach, nastawiona na słuchanie muzyki i ostry doping spod sceny, jako że zespół moich przyjaciół supportował tego wieczoru Leszka Możdżera i Zakopower. Nie zwisałam kusząco z barowego stołka, machając stopą obutą w paski, szpilki i piórka, nie trzepotałam rzęsami w przypadkowych kierunkach ani nie odławiałam z tłumu potencjalnych ojców moich potencjalnych dzieci. Wniosek z tego taki, że gdy potrzebny jest mężczyzna, zwykle wychodzi z tego mogiła. Ale kiedy marzy się o tym, aby wszyscy oni znaleźli się na Marsie, zawsze napatoczy się jakiś uwodziciel, przy czym jakość tego donżuana jest wprost proporcjonalna do naszego braku zainteresowania. 

Tym razem trafił mi się rarytas - 28-letni muzyk, artysta, człowiek o wielkiej wrażliwości, kawaler, chociaż z odzysku, świeżo po rozwodzie (oczywiście usłyszałam historię tej tragicznej miłości, wrednej żony i jego zranionej duszy, ale nie było w niej nic specjalnie interesującego, więc nie będę przytaczać). Nie planowałam nigdy zostać żoną, a co dopiero żoną nr 2, więc scenariusz randkowy skreśliłam z miejsca, a na wersję przygodną nie miałam jakoś specjalnie ochoty, czasu ani chwilowo warunków, więc skupiałam się głównie na podtrzymywaniu stałego stężenia piwa we organizmie. Adorator nie był specjalnie rozmowny, ale przebiegły, kiedy brakowało mu myśli do wyrażenia, rzucał się do przodu niczym kobra, z zebranymi w dzióbek usteczkami, próbując podejść mnie "na glonojada" - nie macie pojęcia, jak taki się potrafi mocno przykleić....

phot. by Piotr Semberecki
Pewnie gdybym była trzeźwa, nie doszło by do tej sytuacji. Gdybym nie wypiła całego tego piwa i byłabym w stanie zwinąć żagle w kierunku moich przyjaciół, nie usłyszałabym najpiękniejszych słów, jakie może usłyszeć kobieta o 1 w nocy. Słów, które przyprawiły mnie o radosny kwik i dały mi źródło radości, z którego czerpię jak dotąd bezustannie.

"...- yyy...to może pojedziemy do mnie?"
(tu miałam strzelić ciętą ripostą, ale nie zdążyłam)
- no, to znaczy, do moich rodziców. bo ja z rodzicami mieszkam...."

Eh, próbowałam wizualizować sobie tą scenkę: ranek, pora śniadania, schodzę do kuchni, zastając tam szanownych rodziców, zasiadam z pokerową twarzą przy stole i mówię "dzień dobry TATO"...

Daleka jestem od tego, żeby oceniać czyjeś życie seksualne i sposób prowadzenia się. Ale panowie, ogarnijcie się - dopóki nie wyprowadzicie się spod maminej spódnicy, nie liczcie za bardzo na jednonocne podboje :)


Gods bless you

poniedziałek, 23 maja 2011

Kinder-surprise. Chwilowa nostalgia spowodowana rozmiękczeniem mózgu.

Gdyby zapytać moich znajomych, powiedzieliby pewnie, że...yyy...nie słynę z bycia wrażliwą. Powiem wprost: ktoś, kogo - mam nadzieję, że mogę - nazywam przyjacielem, zasugerował mi kiedyś, żebym napisała książkę pt. "Jak zabić romantyzm na 100 sposobów". Bo mnie to naprawdę męczy - trzymanie za rączki, kwiatki, zachody słońca, serduszka i ckliwe piosenki. Naprawdę marzę o tym, że na stare lata wyląduję przy kimś, dla kogo formą powiedzenia "kocham cię" będzie umycie mi samochodu.

 Nie przechowuję pamiątek po utraconej miłości w pudełeczku z kotkami (dobra, oprócz biżuterii. i butów. i bielizny. ale w szafie. i nie przywiązuję do nich znaczenia emocjonalnego), wyrzucam listy (średnio 30 sekund po przeczytaniu), nie suszę kwiatów (bo feng shui zabrania) i zabiłabym mojego chłopaka, gdyby zaśpiewał dla mnie w barze karaoke (chyba, że chodziłabym z...nie. zabiłabym i tak).

Czasami jednak nawet ja mam spadek formy, poziom cynizmu we krwi obniża mi się drastycznie i niespodziewanie zaczynam się roztkliwiać. Dopadło mnie to w tym tygodniu - tym razem mam przynajmniej dobrą wymówkę w postaci gorączki (bonusik do przeziębienia). Nie dość, że - całkowicie dosłownie - na mózg mi padło i widać coś tam się przegrzało, to jeszcze nuda, uwięzienie w domu, co przy takiej pogodzie musiało się źle skończyć.

Łatwo wyobrazić sobie, jak bardzo musiałam być zdesperowana, skoro zaczęłam sprzątać (podkreślam: w połowie maja, na dworze 20 stopni i słoneczko) w jaskini chaosu, czyli we własnym pokoju. Po zdjęciu kilku warstw geologicznych  i wypłoszeniu zwierzyny wszelakiej dokopałam się do zamierzchłych czasów mojego dzieciństwa, przypadającego na lata 90., którego resztki uchowały się jakimś cudem przed moim "wszystko wypieprzyć" nastawieniem. 

Kinderki z jajek-niespodzianek Ferrero. Drogie to było jak cholera i zresztą do dziś pozostaje inwestycją średnio opłacalną. Ale zawzięcie naciągałyśmy z siostrą Mamuta na kolejne sztuki, kolekcjonowałyśmy ostro pingwiny, słonie, dinozaury, zające, montowałyśmy im ogromne przestrzenie mieszkalne w pokoju i bawiłyśmy się godzinami, mając totalnie gdzieś jakieś durne Barbie i Furby (kto pamięta, co to?). Ach, nostalgia. Fajnie było mieć te 8 lat, przejmować się jedynie swoją kolekcją karteczek do segregatora ze zwierzątkami i tym, że dzisiaj do obiadu ohydna marchew na gęsto (moja zmora).

Pamiętam, że kiedy miałam 6 lat, uratowałam mojej siostrze życie. Przy której z naszych licznych wycieczek po włościach zapędziłyśmy się do zagrodzonej części podwórka, gdzie dziadek hodował pawie, bażanty i inne opierzone paskudztwo. Jako, że były tam też ozdobne kaczki, musiał być też staw  - do którego zsunęła się ze skarpy moja 3-letnia wówczas siostra. Zaskakujące, w jak dziwny sposób to zapamiętałam - nie mogę przypomnieć sobie żadnych emocji, tego, jak się czułam, pamiętam tylko jej płacz i siebie, stojącą na brzegu, jakbym oglądała film. Trochę retro, trochę rozmyte, jak pojedyncze kadry przesuwane na stop-klatce. Pewnie gdybym, zamiast ją wyciągać (do dzisiaj nie wiem, jakim cudem mi się udało), pobiegła po rodziców, dzisiaj nie miałabym siostry - miałabym za to cotygodniowe wizyty u psychiatry.

Dziwne, jak małą wagę przywiązuję do tego wydarzenia (ej, ale nie żałuję, bez przesady). Jest to raczej coś, co wspominamy obydwie ze śmiechem, niż autentycznie głębokie przeżycie. Nie czułam się nigdy z tego powodu bohatersko, właściwie nie dotarł do mnie ogrom tego, co się stało (chociaż rodzina mało nie zwariowała, kiedy zobaczyła Kaśkę ociekającą wodą). A przecież tak mało brakowało, żeby tamtego dnia świat stał się już na zawsze inny, gorszy. Fajnie mieć siostrę.

Kinderki bez zbędnych sentymentów pozbierałam i wystawiłam na allegro - w maju w Poznaniu gra Portishead, pieniądze same się nie zarobią. Fajnie było być dzieckiem, ale muszę przyznać, że im jestem starsza, tym lepiej się bawię :)

Gods bless you.

niedziela, 22 maja 2011

Ekoterroryści wyszli na żer.

Temat znowu oklepany jak cholera, a co gorsza - nierozwiązywalny. Pewnie zmilczałabym, gdyby nie ostatnie spotkanie trzeciego stopnia na krakowskim rynku.

Kiedy tylko pogoda pozwala, przez to niesamowicie magiczne i w ogóle słitaśne miejsce przewalają się hordy turystów, studentów, wszelkiej maści domorosłych artystów, przypadkowych przechodniów i innych zboczeńców (w tym ja). Wprawne oko stałego bywalca potrafi już z daleka wyszukiwać punkty potencjalnie niebezpieczne i planuje trasę tak, żeby omijać z daleka żuli, ankieterów, samozwańczych dziennikarzy, fotografów street fashion, biegające jak kot z pęcherzem dzieci oraz inne upierdliwe obiekty mobilne. Czasami jednak szczęście opuszcza każdego. Wczoraj opuściło mnie - chwila nieuwagi wystarczyła, żeby dorwała mnie najgorsza zaraza krakowskiego rynku, czyli sępy od Greenpeace. Normalnie wrodzony wdzięk i złoty medal w kłamstwie na krótkim dystansie (na długim zresztą też) wystarczyły mi w zupełności, żeby spławić natrętnego typa, ale trafiłam chyba na gościa wychowanego bezstresowo przez uległych rodziców, bo na moje ostrzegawcze warknięcie w biegu zareagował tylko szybszym truchcikiem i wyraźnym brakiem zrozumienia dla wyrażenia "nie".

phot. by Piotr Semberecki
Serio, staram się być ekologiczna. Zakręcam wodę przy myciu zębów, segreguję śmieci, wydaję dziką kasę na ekożarcie i latam do supermarketu z własną siatką na zakupy. Staram się robić wszystko to, co jest dla mnie w miarę łatwe, możliwe, osiągalne, nie oszukując się przy tym, że zbawiam jakoś specjalnie świat w pojedynkę. Nie czuję się specjalnie niegodziwym człowiekiem.

Problem z Greenpeace polega jednak na tym, że nikt z tych odzianych w zielone t-shirciki kolesi nie będzie edukował cię na temat zakręcania wody. Oni chcą kasy. I to najlepiej nie jednorazowego "masz 5 złotych, odwal się", tylko deklaracji stałych dotacji - jak zostało mi to wyjaśnione po wciśnięciu w dłoń stosownych uloteczek, kiedy koleś nawijał o martwych fokach i plamach ropy na oceanie. 

Nie, nie jadę po ekologach i nie, nie czuję nienawiści do tych ludzi. Dostaję jednak piany na pysku na myśl, że miałabym dać coś więcej niż adekwatnego kopa organizacji, która słynie głównie nie z akcji eko, ale ze skandali ekoterrorystycznych. Oczywiście, telewizja kłamie, prasa kłamie, wszyscy kłamią - ale skoro tak, to może Greenpeace powinno wymienić sztab odpowiedzialny za PR, bo sądząc z tego, jak są traktowani, ludzie kojarzą ich głównie z destrukcją.

Kiedy myślę o Greenpeace, przesuwają mi się przez oczyma obrazy - futro jakiejś aktorki oblane czerwoną farbą, motorówka wysadzona w powietrze na środku jeziora (ryby płoszyła, co z tego, że akurat ludzie nią płynęli - ryby przede wszystkim); przywiązywanie się do drzew, kontrowersyjne wypowiedzi w mediach, wykradanie zwierząt z laboratoriów. Oczywiście, że upraszczam - ludzki umysł to nie maszyna i opinię wydajemy na podstawie wybranych informacji. Ale wszystkie te skandale sprawiają, że postępowanie organizacji robi wrażenie tylko na tych, którzy nie są w stanie samodzielnie pomyśleć - głośnymi jednorazowymi zrywami łatwo dotrzeć do tłumu. Nic to, że te akcje nie odniosły żadnego efektu, poza licznymi procesami karnymi wobec jawnych napaści i aktów terroryzmu (bo ja nie wiem jak inaczej nazwać wysadzenie komuś motorówki wypakowanej ludźmi). Ważne, że w mediach było głośno i głupi tłum wpłaci kasę na następny słoik farby do oblewania futer. Nie twierdzę bynajmniej, że Greenpeace nie robi nic pożytecznego, jedynie zaznaczam fakt, że w czasie, który poświęcili na bicie piany i dręczeniu ludzi, oczyściliby już spokojnie ocean.

phot. by Piotr Semberecki

Byłam kiedyś na wykładzie prowadzonym przez jednego z poważniejszych (ponoć) członków Greenpeace - i usłyszałam dokładnie to, czego się spodziewałam (nie, nie podam żadnych nazwisk ani dat dla uwiarygodnienia, bo to nie "Super Express" i nie notuję takich rzeczy w nadziei na obrzucenie kogoś guanem). Było dużo martwych fok (co tam segregowanie śmieci, foki są!) i aktorek noszących futra, dużo sloganów i krzyków, machanie rękoma, drastyczne fotki puszczane z najnowszego Airbooka i pan prowadzący w skórzanych Martensach i kurtce z H&M. Co tam, że chińskie dzieci zapieprzają przy taśmie za głodowe pensje, pan prowadzący ratuje foki. A skóra ze świni to nie to samo co futro puszystego szynszylka, no przecież.

Ja wiem, że nie da się ratować całego świata. Ale jaki jest sens pyskowania przeciwko systemowi, skoro siedzi się w nim po uszy i nakręca się go od wewnątrz? Nie to, żebym siedziała cicho. Ale nie czuję potrzeby walki ze światem w żadnej organizacji, nie lubię krzyków, manifestacji, ciągłego nawijania o tym, jak to jest źle i niesprawiedliwie. Po co to wszystko, skoro w większości przypadków kończy się na gadaniu? Już wolę posegregować te swoje głupie śmieci. Jeśli uda mi się namówić do tego kilkoro znajomych, to i tak rozwalam Greenpeace z palcem w nosie.

Nawrzeszczałam na tego gościa. Teraz mi trochę głupio. Ostatecznie - co mi zależy, niech sobie będzie naiwny. Póki przez rynek przewalają się tłumy wrogów futer (bo to jest obecnie hot) w chińskich ciuchach (czyli z sieciówek) szytych przez 12-letnie dzieci po nocach, wszystko jest ok. Ostatecznie fok broni się fajniej niż chińskich dzieci. Chińskie dzieci nie mają takich słodkich pyszczków. Wiwat hipokryzja!

Gods bless you.

piątek, 6 maja 2011

Temat stary jak świat i śliski jak marynowane grzybki.

W życiu szafiarki przychodzi taki dzień, kiedy wypadałoby się obfocić i wrzucić nowego posta ku uciesze gawiedzi, ale z różnych przyczyn - se ne da. Albo pogoda nie taka, albo ciuchy ałtfitowe w praniu, albo film dobry leci, czasami po prostu się nie chce, nieistotne.  Bycie celebrytą jednak zobowiązuje i nie można tłumu spragnionego nowych fotek zostawić na głodzie - ponieważ jednak outfitu nie ma, tłum trzeba czymś zapchać. I tu z pomocą przychodzą INSPIRACJE - zgrabny pakiecik zdjęć, związanych ze sobą mniej lub bardziej tematycznie, które łączy jedna zasadnicza cecha - szemrane pochodzenie.

Spokojnie, nie będzie o prawach autorskich - fascynuje mnie jedynie paradoks. Bo jak jest - ukraść samochód: źle, ukraść zdjęcie: spoko? Nie ogarniam, czy chodzi jedynie o skalę, czy też o fizyczną namacalność? Ostatecznie dookoła kradną wszyscy - i nie chodzi mi tu bynajmniej o polityków. Ściągamy nielegalnie filmy, seriale, muzykę, sprawa jest kontrowersyjna i budzi emocje, niewielu jest w stanie oprzeć się pokusie pozornej darmochy. Jednak nawet Ci, którzy sobie tego odmawiają, raźno maszerują na zakupy do wielkich sieciówek, które radośnie kopiują projekty z wybiegów, czasami tak bezczelnie, że granica między inspiracją a podróbką zaczyna się niebezpiecznie zacierać.

Tutaj powinien nastąpić wykład nt. prawa autorskiego, własności intelektualnej, ble ble ble. Nie znam się na tym i nie mam pojęcia, co mówią paragrafy. Mama wychowała mnie w przeświadczeniu, że jak się kradnie, to ręce usychają wcześniej czy później i nie mam problemu z moralną oceną pożyczania sobie tego, co do mnie nie należy. Nie żebym była święta. Tak, zdarza mi się ściągnąć film lub płytę z internetu - nie chcę ubierać tego w ładne słówka, fakty mówią za siebie. Ściągając plik, okradam kogoś z z należnej mu kasy. Używając szafiarskiego słownictwa, ostatnio zainspirowałam się "Antychrystem" von Triera i płytą POE "Złodzieje zapalniczek". Mam dziką ochotę przejść się do sklepu i zainspirować się Snickersem i Coca-colą, ale obawiam się że to szemrane nazewnictwo w tym wypadku nie przejdzie i ochrona wyprowadzi mnie prosto do radiowozu. Najbardziej jednak chciałabym zainspirować się jakąś genialną książką do mojej pracy licencjackiej. Czuję jednak, że nie zdołam utrzymać wystarczająco bezczelnego wyrazu twarzy, żeby przekonać mojego promotora do szafiarskiego znaczenia słowa „inspiracja".

W ramach buntu załogowałam się na allegro i kupiłam ostatnią płytę Massive Attack i „Third” Portishead. Pewnie w ogóle ich nie odpakuję i będą leżały w folii, dopóki nie dorobię się sprzętu, na którym słychać różnicę między mp3 a płytą, ale przez 15 minut pozostanę uczciwym człowiekiem. Fakt, nie jestem w stanie wszystkiego kupić i stosuję dość pokrętną logikę (tzn. płacę tylko za to, co mi się spodoba dopiero po sprawdzeniu), ale na samym początku postanowiłam, że zdjęć kraść nie będę - to, że na dzień dzisiejszy nie mogę zdobyć się jeszcze na to, żeby być kryształowo uczciwą, nie znaczy, że muszę odpuścić sobie na całej linii.

Szkoda - zestawy takich zdjęć bywają faktycznie inspirujące, jak np. u Maffashion (notabene jeden z moich ulubionych blogów, a przy tym chyba najpopularniejszy z tych, które wykorzystują cudze zdjęcia), ale brakuje przy nich nawet informacji, czyją właściwie są własnością; rozumiem zatem, że blogerki te dają pełne prawo do wykorzystywania ich własnych zdjęć w dowolnym celu?

Całą filozofia "inspiracji" sprowadza się do myślenia: "to nie moje, nie wiem czyje...a,to sobie wezmę i użyję". Patrząc na to, tym bardziej cenię AlicePoint, Styledigger czy Ryfkę, u których cudzych zdjęć nie zauważam.


Akcja: Nie kradnij zdjęć!


 za całą akcję - ukłony dla Riennahery 

Gods bless you.