czwartek, 15 marca 2012

Refleksja post-zimowa.

W tym miesiącu planowałam kupić sobie coś fajnego, może - wreszcie - Lity, które już dawno przestały być najgorętszym trendem sezonu, ale którymi i tak się podniecam...Albo jakiś fajny plecak? Kolorowe, wiosenne fatałaszki?

Ostatecznie jednak postawiłam na wersję pragmatyczno - racjonalną i kupiłam sobie co następuje:
- prąd
- wodę
- gaz
- internet
a pozostałe nędzne resztki mojej krwawicy przeznaczyłam na jedzenie i używki wszelakie.

phot. by Piotr Semberecki
Ponieważ jestem w nastroju na dzielenie się z bliźnimi, sprzedam Wam dwa fajne patenty, które przydadzą się na pewno gdybyście kiedyś - tfu, tfu, odpukać - mieli zamieszkać w krakowskiej kamienicy,w towarzystwie tego pięknego, stylowego, kaflowego pieca, niech go szlag trafi i nie sczeźnie, cholerny. Kamienica, tzn. że zimą zamarzasz na kamień, a latem masz ochotę wziąć owego w dłoń i zatłuc się, bo temperatura przekracza tę dozwoloną przez prawa boskie i ludzkie. Żeby nie być gołosłowną - w lutym, w okresie największych mrozów, temperatura w naszym słodkim gniazdku (konkretnie w kuchni) wynosiła 9 stopni. DZIEWIĘĆ. Na salonach było nieco cieplej, bo aż ok. 14 stopni, za to warto wspomnieć o fakcie, że podobnie jak kuchnie, łazienki w tych pięknych kamienicznych mieszkaniach także nie posiadają ogrzewania. Żadnego ogrzewania. Jedynym ratunkiem jest elektryczny piecyk olejowy, zwany przeze mnie pieszczotliwie Azorkiem (bo ciągałam bo za kabel zimą po całym domu za sobą, nawet gdy szłam umyć zęby) lub tzw. farelka. Jedno i drugie jest przyjemnością okrutnie drogą w użytkowaniu i przy codziennym dogrzewaniu musicie w koszta wrzucić także coś na serce, bo jak przyjdzie rachunek za prąd, niechybnie zejdziecie na zawał (nie żeby te duże piece były tanie, co to to nie - ich urok polega na tym, że eksploatacja wychodzi drogo, a Ty, człowieku głupi i naiwny, dalej marzniesz). Zaoszczędzisz można za to na lodówce - skoro temperatura wewnątrz niej nie różni się od tej w pomieszczeniu, naprawdę można poczciwe urządzenie odłączyć od prądu. Sprawdziliśmy na różnych produktach - jedzenie w naszej kuchni trzymało  się tyle ile w lodówce, a poza tym jak człowiek jest na studiach to i tak nie ma tego jedzenia na tyle dużo żeby się zdążyło zepsuć. Ale miało być o patentach.

1. Pierwsza sztuczka wiąże się z termoaktywnym koncentratem antycellulitowym - ja miałam pod ręką taki z Eveline, w czerwonym opakowaniu. Wiadomo, że taki kosmetyki nie działają w sposób opisany na opakowaniu, ale zapewniam - termoaktywne to one są. I własną krwią zaręczam, że nasmarowanie tyłka, brzucha, ramion i nóg takim balsamikiem pozwoli Wam przetrwać te przykre chwile pomiędzy gorącym prysznicem a momentem osunięcia się w litościwą otchłań snu.

phot. by Piotr Semberecki
2. Ostra zima w połączeniu z mieszkaniem w kamienicy jest idealnym zestawem do odchudzania. Po pierwsze, jesteś na studiach (bo jeśli nie i zarabiasz, to czemu, na bogów, nie wynajmiesz sobie normalnego mieszkania?) i nie masz pieniędzy, więc i tak nie kupujesz słodyczy, chrupek, słodkich napojów itd. - bo Cię nie stać. Jeśli mimo to kupujesz, to nie masz pojęcia o jakim stanie finansowym mówię. Po drugie, przychodzą rachunki za prąd, a że nie możesz pozwolić sobie na ryzyko jego odcięcia, płacisz, po czym nie masz już pieniędzy na jedzenie. I po prostu - nie jesz. Dodatkowo z powodu zimna spalasz więcej kalorii i być może nawet chodzisz na uczelnię pieszo, bo tramwaj kosztuje, a wydatek rzędu 50zł na łapówkę dla kanara byłby dla Ciebie gwoździem do trumny.

I tak oto kończy się zima, a Ty jesteś kilka kilo szczuplejsza (chyba, że w międzyczasie złamałaś się i zwiałaś z tej lodowni do mamusi, a ona odkarmiła swojego kurczaczka), zahartowana (prawda, zero przeziębień), masz jędrne uda (krioterapia w Twojej kuchni wymroziła cellulit) i jak nigdy dotąd jesteś zdeterminowana żeby przeżyć. A, i jeszcze pozbyłaś się wszystkich swoich dziwnych żywieniowych oporów w stylu "fuuuj, ja tego nie zjeeeem". Uwierz mi, zjesz wszystko.

Tak naprawdę, to wszystko jest tego warte - nawet nie chodzi o to, że teraz, po odjęciu rachunków za ogrzewanie, nasze mieszkanie będzie śmiesznie tanie i warte absolutnie każdej złotówki. Ale świadomość, że po obu stronach masz sąsiadów, do których możesz zapukać w każdej sprawie - od "pożycz mopa" przez "masz fajki?" do "chodź na wódkę" - a cała kamienica przypomina lekko akademik (chociaż do Dietla 44 brakuje nam jeszcze bardzo, bardzo dużo) i Nowy Rok witasz, zaliczając 4 imprezy bez wychodzenia z budynku, by potem z ponad setką osób pić ruskiego szampana na ulicy pod własnymi oknami (i jakieś 200 metrów od Kazimierza), ta świadomość jest, uwierzcie mi, bezcenna. I chociaż zmarzł mi tyłek i momentami chciałam tłuc głową w parkiet, nie ruszę się stąd aż mnie nie wywalą za hulaszczy tryb życia.

Ale teraz, proszę państwa, przyszła wiosna. Poczułam to dzisiaj bardzo mocno, idąc Starowiślną w rozpiętej skórzanej kurtce narzuconej na lekką koszulkę. W pełnym słońcu, bez pośpiechu, bo moje życie pozbawione jest przymusu. I widział Pan, że to było dobre.

Gods bless you.

phot. by Piotr Semberecki

piątek, 16 grudnia 2011

Konfesja przedświąteczna. Forma eksperymentalna.

Mojemu ojcu, gdziekolwiek jest.

phot. by Katarzyna Hołda
Nie lubię świąt. Nie pamiętam od kiedy - nie potrafię przywołać w pamięci tego momentu, który wszystko zmienił. Czy mogę powiedzieć, że był to koniec wieku niewinności? Myślę, że mogło to być wtedy, kiedy wiele lat temu siedziałam z rodziną przy wigilijnym stole, a mój żołądek ściśnięty był w małą, przerażoną kulkę - być może wiecie, jakie to uczucie. 
 
czasami jest tak, że ból staje się niemal zwierzęcy, przenika żołądek, sprawia, że ostatni posiłek zaczyna cofać się w górę przełyku. odczuwalna jest potrzeba krzyku.

Słyszałam kroki mojego ojca, nerwowo wędrującego po naszym mieszkaniu piętro wyżej.  Nerwowo lub w pijanym widzie, trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że to wtedy coś pękło we mnie - mój umysł dokonał trwałego skojarzenia odgłosów, czasu i miejsca - i chociaż nie byłabym w stanie odtworzyć już tamtej sytuacji, ciągle pamiętam uczucie. Bo tak właśnie ze mną jest - nie pamiętam miejsc, przedmiotów, nierzadko nawet twarzy, ale pewne słowa i emocje potrafię odtwarzać z beznamiętną precyzją raz po raz. Czasami aż do momentu, kiedy nie zaczną znowu boleć, bo - nie mówcie nikomu - znajduję w tym jakąś przyjemność. Być może nie jest to normalne, przynajmniej tak mi mówiono - ale hej, zdefiniujcie NORMALNOŚĆ. 

Nie ma w tym taniego dramatu. Było, minęło, nastały zmiany, na pozór wszystko jest dobrze, a ja często się śmieję. To, co pozostało, to mgliste obrazy z przeszłości, widma zapachów i smaków, których nie jestem w stanie wypchnąć z umysłu. Pamiętam dźwięk klucza, przekręcanego w drzwiach pokoju, który kiedyś był sypialnią moich rodziców - zimny, metaliczny szczęk jedynego zamka w całym mieszkaniu. Sygnalizował obecność mojego ojca, pijanego, agresywnego, szukającego powodu do kłótni, który zamykał się w pokoju, szukając towarzystwa czterech milczących ścian, lub też właśnie go opuszczał. Ten drugi wariant był gorszy. I wierzcie lub nie, zawsze potrafiłam odróżnić, leżąc w łóżku z kołdrą naciągniętą na głowę, z której strony drzwi znajduje się mój ojciec. Mój ojciec alkoholik. Biedny potwór.

phot. by Katarzyna Hołda
Lata później, gdy po moim ojcu zostało już tylko kilka winylowych płyt i kolekcja pustych butelek po wódce na strychu i w garażu, wciąż budziłam się w środku nocy na sam dźwięk klamki w tamtych drzwiach, mimo, że ręka, z którą go kojarzyłam, była oddalona o kilkaset kilometrów. A może i nie - w końcu do dziś nie wiem, co się z tobą stało, tato. Widziałam cię potem jeszcze tylko raz, na rozprawie sądowej, na której kątem oka widziałam twoją twarz, a mimo to mówiłam całą prawdę, starając się zapanować nad drżeniem głosu.

Mój ojciec został skazany za znęcanie się psychiczne nad rodziną z powodu moich zeznań. Pewnie nie tylko moich, chociaż nie zmienia to wiele. Nie mam wyrzutów sumienia, wiem, że zrobiłam to, co powinnam - chociaż czuję żal, że odebrało mi to tak wiele. Tego dnia znowu coś umarło we mnie. 

i znowu mam gorączkę
zanurzona po szyję we wrzątku
papierosem wypalam dziury w gąbkach

Jestem spokojna. Nawet nie wiecie, jak bardzo, ile emocji wywołuję w sobie sztucznie, żeby zachować pozory tej niedefiniowalnej normalności, pozbawionej obiektywnych wyznaczników. Zmuszałam się przez lata, żeby odczuwać radość czy smutek, pracowałam ciężko żeby odbudować swoje poczucie własnej wartości. Bo był we mnie tylko gniew i frustracja, która z czasem przepaliła się do postaci chłodnego cynizmu - i tak właśnie pozostało. Starannie wypracowałam sobie odruchy, stworzyłam nową osobowość na zgliszczach poprzedniej, którą musiałam poświęcić. Nie chciałam dorastać, ale nie pozostawiono mi wyboru.

Dzisiaj łapię drugi oddech. Nie potrzebuję afirmacji czy komplementów, jestem dla siebie samej jedynym odnośnikiem. Nie uznaję autorytetów, nie robię niczego wbrew sobie, staram się przetrwać kolejne dni. I wiecie co, czuję się naprawdę szczęśliwa - mimo wszystkich moich doświadczeń (a może właśnie dzięki nim) - nie mam wielkich planów ani ustalonych celów, do których chcę dążyć za wszelką cenę, nie czuję potrzeby spełniania cudzych oczekiwań. Nie wierzę w to, że będzie lepiej, że wszystko mi się uda. Ja to wiem. I muszę przyznać, że takie nastawienie sprawdza się doskonale - jestem dzieckiem szczęścia, chociaż tkwi w tym pewna ironia.  

phot. by Piotr Semberecki


Może tylko piję coraz więcej i spotykam wciąż nieodpowiednich facetów. Stanowczo za dużo palę i chyba zbyt często można mnie znaleźć pochyloną nad kartką, na której kruszę zawartość kolejnego jointa. Być może. Wiecie, jak jest.

Tato, mimo wszystko, życzę ci wszystkiego dobrego. Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek robisz.


Gods bless you.

niedziela, 20 listopada 2011

Beznecie.

Brak internetu jest zaiste traumatycznym doświadczeniem. To uczucie, kiedy klikasz w ikonkę firefoxa, a ona łypie na ciebie szyderczo i śmieje ci się bezczelnie w twarz, mówiąc, że połączenia NIE MA - tego nie da się porównać z niczym innym. Nie ma co zrobić z rękoma, z oczami, człowiek nie wie w co się wgapić, czym się zająć - idzie trochę poprzeszkadzać innym, ponarzekać, że mu się nudzi, w międzyczasie coś przegryzie, potem znowu ponarzeka, może wyjdzie na spacer, ostatecznie - jeśli człowiek jest na poziomie - łapie za książkę. I pierwsze kilka dni da się nawet znieść - prawdziwy horror zaczyna się po ok. tygodniu, kiedy każda komórka ciała wyrywa się w stronę komputera, który - jak wiadomo - bez szybkiego łącza internetowego nie ma zbyt wielu zastosowań. 

Mam na imię Magda i jestem dzieckiem ciężko uzależnionym od internetu. Nawet wtedy, gdy z niego nie korzystam - po prostu dla własnego komfortu psychicznego muszę mieć świadomość, że gdzieś tam jest i przyjdzie na wołanie. I uwierzcie, że Facebook jest tu akurat najmniej istotny. Tak naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć, w jaki sposób marnuję czas przy komputerze (bo to, że marnuję go w ilościach hurtowych, jest oczywiste) - ja sobie klikam tu i tam, słucham muzyki, czytam newsy z zakresu szeroko pojętej kultury popularnej i niepopularnej i ogólnie udaję, że robię coś produktywnego. Czasami popracuję mało-wiele (konia z rzędem temu, kto wie, jak powinno się to zapisywać), ogarnę blogaski swoje i znajomych (bo są tacy hot i trendy, że mają te blogaski) i zaczynam zabawę od początku. 

Ale już dobrze, już wszystko gra. Internet powrócił do mnie w końcu i chociaż musiałam poświęcić kilka dni na odbudowanie naszego związku, obecnie układa nam się idealnie. Nasze niedawno wynajęte mieszkanie w podgórskiej kamienicy nareszcie zaczyna wypełniać się ciepłem i nie jest już zimno jak w psiarni, zaczynam powoli odplątywać warstwy koców, szlafroków i dresów, a dłoń sterująca myszką nie pokrywa się już szronem po wyciągnięciu z rękawa.

Fajnie tu, na tym Podgórzu. Otaczają nas lumpeksy i sklepy ze starociami, co przyda się na pewno - jako że dual umyślić sobie zorganizować Andrzejki w klimacie retro (początek XX wieku). Rozpisał też program imprezy:
- lanie woskiem
- lanie masłem
- buty aż do progu
- fusy po zagranicznej kawie
- kości gołębie
- podrzucanie krwawnika
- prawdziwy Andrzej.
 co sprawia, że sama chcę to zobaczyć, bo to wszystko nie może skończyć się dobrze - nawet biorąc pod uwagę fakt, że w nasza kamienica charakteryzuje się dość dużym współczynnikiem studenta na metr kwadratowy, a normalnych ludzi w zasadzie prawie tu nie ma.

Dzisiaj mieliśmy oglądać "Conana" i dual niespodziewanie wymyślił sobie, że jest podobny do głownego aktora, czyli do Khala Drogo z "Gry o tron", tyle że nie przypomina go ani w "Conanie" ani w "Grze", a w serialu "Gorące Hawaje". Fakt, nie jest może aż tak estetyczny (znaczy się, dual nie jest) i ma niewyregulowane brwi, ale podobieństwa odmówić nie można. Trochę go stunningujemy i będzie cacy. Ostatnio odkryliśmy też, że nasz inny kumpel, zwany Fransem, podobny jest do Enrique Iglesiasa, ale ciągle czekamy na dobry moment, żeby go lekko wyszydzić i publicznie znieważyć.


I na dzisiaj to tyle, bo szczęśliwie udało mi się skutecznie odmóżdżyć. Good night and good luck.

Gods bless you.

piątek, 28 października 2011

Dziesięć ulubionych serii książkowych.

phot. by Piotr Semberecki
"Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień."

Spodobała mi się ta zabawa, jako, że lubię książki , ale rzetelnych wnikliwych recenzji nigdy nie chciało mi się pisać. Pewnie mnie tu zaraz dual wyszydzi jak to ma w zwyczaju, ale trudno, pogarda.

Dziesięć ulubionych serii książkowych - moich, oczywiście.

1. Oczywiście - "Świat Dysku" Terry'ego Pratchetta. Mam do tej serii stosunek wybitnie sentymentalny, bo obecnie książki z tego cyklu kosztują ok 3 dyszki za sztukę - a pierwsze egzemplarze znalazły się na mojej półce, kiedy o autorze jeszcze mało kto słyszał i jego dzieła sprzedawało się na stoiskach z tanią książką (w moim przypadku - nad morzem, na zafajdanych, deszczowych wakacjach). Rodzice kupili mi wtedy "Równoumagicznienie" (wydane wówczas przez Nową Fantastykę) za szaloną kwotę 6zł (i taka wybita jest na okładce), nie do końca mając świadomość, o czym to właściwie jest. I poszło z górki - przekopywałam antykwariaty i małe księgarnie żeby znaleźć COKOLWIEK z serii Świata Dysku, jednak zajęło mi kilka lat skompletowanie pierwszych części.. Później kupowałam je już na bieżąco, obserwując po wzroście cen na okładkach i zmianie wydawcy, jak Pratchett staje się hot i trendy. Dzisiaj mam w domu prawie ,wszystkie pozycje wydane pod jego nazwiskiem w Polsce, wliczając terminarze, albumy i leksykony oraz kalendarze ścienne upolowane na eBayu. Przyznaję, że sięgam po te książki coraz rzadziej, ale w dalszym ciągu wybieram Pratchetta zawsze wtedy, kiedy mam doła, jestem zmęczona życiem lub mam ochotę na coś lekkiego, jednak nie obrażającego inteligencji czytelnika. Bo tak naprawdę "Świat Dysku", mimo, że przepełniony humorem, jest intelektualną szaradą, układanką złożoną z elementów popkultury, sztuki, literatury klasycznej, historii, polityki i ekonomii. Światem pokazanym w krzywym zwierciadle, parodią rzeczywistości otaczającej człowieka współczesnego. Spotkałam w życiu kilka osób, które deklarują zdecydowaną niechęć do Pratchetta - wszystkie miały albo nędzne poczucie humoru, albo były na tyle nie halo, że nie rozumiały aluzji zawartych w jego książkach. Niewątpliwie są też tacy, którzy są zabawni, inteligentni, tylko po prostu mają inny gust - ale ja ich nie znam. 

phot. by Piotr Semberecki

2. J.K.Rowling - Harry Potter. Lubię, a co. Złapałam bakcyla stosunkowo późno, bo dopiero kiedy na rynku była już 4. część powieści - wcześniej nie chciałam tego ruszyć, bo Harry'ego czytali wszyscy, a ja gardziłam byciem wszystkimi i musiałam być pod prąd. Jak tylko wyrosłam z bycia alternatywną, machnęłam od razu kilka tomów. I serio, uważam, że ta książka jest o niczym. Nie ma żadnej treści. Nic nie wnosi do literatury, nie ma skomplikowanej fabuły, postaci o złożonych osobowościach. Jest po prostu dobrze napisana - lekka, przyjemna, wciągająca. Idealna do obiadu albo do pociągu.

3. Alfred Szklarski - cykl o przygodach Tomka. Lubiłam. Ach, jak lubiłam! Czytałam sobie o Australii, Afryce, Azji - i naprawdę sporo z tych książek wyniosłam, chociaż dopiero po latach zaczęły mnie uderzać detale, które dzisiaj sprawiają, że cykl ten stał się dla mnie lekko nieznośny. Ale myślę, że gdybym kiedyś miała syna, chciałabym, żeby czytał te książki - córka zresztą też.

phot. by Piotr Semberecki
4. Zbigniew Nienacki - Pan Samochodzik. To był szał. Znaleziona gdzieś w biblioteczce mojej mamy książka sprawiła, że w ciągu 3 dni złapałam bakcyla. Najbardziej szalałam na punkcie części o Templariuszach - i muszę przyznać, że teraz jak patrzę na to z perspektywy czasu, te książki miały niemały wpływ na to, jakie wybrałam studia. Podobnie jak w przypadku cyklu o Tomku, książki o Panu Samochodziku popchnęły mnie w kierunku poszukiwań, przekopywania się przez fakty, sprawdzania autora; jest to ten rodzaj książek, które podstępnie, pod pozorem dobrej zabawy wtłoczą ci do głowy jakąś wiedzę. 

5. Małgorzata Musierowicz - Jeżycjada. Zanim pokochałam Gombrowicza i Nietzschego, byłam normalnym, pogodnym dzieckiem. I te książki też takie były - pogodne, miłe, słodkie, mocno wyidealizowane, trochę w klimacie serialu - tasiemca, ale czytały się lekko i przyjemnie. Nie pamiętam przy której części dałam sobie spokój - bo ostatecznie przyszedł taki moment, że człowiek poczuł się za stary na te słodkości - ale miałam wtedy ok 14 lat. Książki Musierowicz sprzedałam, bo potrzebowałam pieniędzy na Mistrza i Małgorzatę w przekładzie Drawicza, co pamiętam jak dzisiaj. Nie żałuję, chociaż sentyment pozostał.

6. Andrzej Sapkowski - Saga o Wiedźminie. Jeśli ktoś tego nie czytał, nie ma pojęcia o polskiej fantastyce. Wtedy, mając 12 lat, byłam tym tak podjarana, że ledwo mogłam ustać na nogach - dzisiaj jestem już o wiele bardziej krytyczna i widzę niedociągnięcia tego cyklu, pewną toporność, z jaką jest napisany, nadmierny patos i emfazę, bohatera cierpiącego na Weltschmerz. Jednak i tak mam do tej książki sentyment szczególny (także dlatego, że pożyczył mi ją po raz pierwszy do przeczytania chłopak, który był w tamtym czasie miłością mojego 12-letniego życia) i mimo, że chyba nigdy do niej nie wrócę, sprzedać też nie potrafię. Nie wiem jednak czy powiedziałabym, że "warto to przeczytać" - z jednej strony ma to sens z powodów historycznych, w końcu ważna pozycja w polskiej fantastyce. Ale ostatecznie jest tyle innych, lepszych książek...

7. Lucy Maud Montgomery - Ania z Zielonego Wzgórza. Bo jak już  pisałam, do pewnego momentu byłam normalnym dzieckiem. Dzisiaj bym już tego nie przetrawiła za nic w świecie, ale będąc szczylem wracałam do tej książki wiele razy, zwłaszcza do późniejszych części.

8. Jasper Fforde - cykl o Thursday Next. Jest tam coś z Alicji w Krainie Czarów, coś z Orwella i trochę z Poego, doprawione Pratchettem i Gaimanem. Naprawdę coś dziwnego. Ale ku zaskoczeniu, wychodzi z tego dobry mix - nigdy w życiu nie żałowałam tak bardzo tego, że sprzedałam książkę. Do dzisiaj próbuję je zdobyć w rozsądnej cenie, co okazuje się niełatwe. 
phot. by Piotr Semberecki

9. Sempe, Gościnny - Mikołajek. A, mówcie co chcecie - że to dla dzieci, że naiwne, że w ogóle. A ja do dzisiaj chętnie wracam i śmieję się tak samo, jak wtedy, kiedy sięgnęłam po raz pierwszy.

10. A teraz jest mi strasznie wstyd, bo wychodzi na to, że jedną z moich ulubionych serii jest cykl z gatunku tych, którymi gardzę najbardziej, czyli coś z literatury kobiecej. I jest cykl "Żaby i anioły" Grocholi, przy którym ubawiłam się naprawdę setnie w długie zimowe wieczory. Poza "Bridget Jones" jest to chyba jedyna pozycja z zakresu prozy babskiej po jaką sięgnęłam i która ostatecznie została na mojej półce. Wstyd mi się trochę przyznać, bo mi to psuje imidż yntelektualysty, ale ostatecznie nie założyłam bloga żeby robić z siebie małpę na sznurku.

sobota, 15 października 2011

Fenomen męskiej bluzy.

Dedykuję - Bartkowi, Dualowi i Kornelowi oraz ich ciuchom. 



Nie wiem, jak zimno jest na dworze, ale w moim odczuciu temperatura oscyluje między zerem a minus sto, co sprawia, że naprawdę niechętnie sięgam po buty i kurtkę. Gdybym mogła, zakopałabym się najchętniej w kocach, z kubkiem gorącego Pu-Erha i laptopem któregoś z moich współlokatorów, jako że mój ukochany pecet czeka póki co na swoją mamusię w rodzinnym domu z powodu braku dostatecznej przestrzeni życiowej w hanczynej kawalerce. Dopiero dzisiaj rozpracowaliśmy system ogrzewania mieszkania i w tej chwili ciepło zaczyna powoli rozpełzać się po kątach, czekam aż dotrze do moich opatulonych w dwie pary skarpet stóp.

Określenia "zimno" zaczynam używać, kiedy wieczorny papierosek na świeżym powietrzu przestaje sprawiać mi frajdę, co przekłada się na fakt, że nie jestem w stanie zostać nałogowcem, jako że nie wyobrażam sobie, żeby jakakolwiek potrzeba zmuszała mnie parę razy dziennie do kilkuminutowego postoju zimą na dworze. Podkreślam - na dworze, nie "na polu". Owszem, zdarzało mi się wychodzić na pole, ba - zdarza się to do dziś; mimo, że całe życie spędziłam na Śląsku, mieszkałam w rejonie, który obfitował w rogaciznę, trzodę chlewną i wspomniane pola, czyli mówiąc wprost - na zadupiu. Problem właściwego nazewnictwa jest jednak tak oklepany, że nie chcę się nad nim rozwodzić, ostatecznie wiadomo, kto ma rację.

phot. by Katarzyna Hołda



Staram się trzymać zasady, żeby podczas szukania mieszkania z góry eliminować osobniki płci żeńskiej - nie dość, że nie można dopchać się do łazienki, to jeszcze większość lasek potrafi zrobić dym o źle poustawiane kubeczki albo przesunięty wazonik. Jako że jestem zagorzałą czcicielką chaosu i w pogardzie mam sterylne warunki, każdy porządek w zasięgu mojego wzroku traktuję jako bałagan in spe. Moje zapędy w tworzeniu pięknego, kolorowego burdelu (bo trudno użyć tu łagodniejszego słowa, biorąc pod uwagę jak aranżuję przestrzeń) do tej pory potrafiła okiełznać jedynie Justunia, która przez dwa lata wspólnego mieszkania przetresowała mnie tak, że obecnie spontanicznie latam ze ścierą i przecieram blaty. Co prawda ogranicza się to jedynie do rejonów kuchni i łazienki - bo ogólnie mówiąc, mam za dużo rzeczy, żeby utrzymać porządek w pomieszczeniu, gdzie sypiam.Zresztą nie ukrywajmy - nie staram się jakoś specjalnie.

I tak oto jest nas troje i żadne nie przywiązuje specjalnej wagi do tego, z czyjej pije szklanki i czy ubrania poskładane są w kosteczkę, czy też radośnie rozrzucone dookoła. Bo w praktyce czasami naprawdę lepiej odpuścić niż wymagać niemożliwego, w tym przypadku - sterylnych warunków w kawalerce zamieszkałej przez trójkę dorosłych jedynie z nazwy ludzi; jednak wiem dobrze, że jeśli zamiast chłopaków miałabym tu pod ręką dwie dziewczyny, prawdopodobnie ktoś zginąłby śmiercią gwałtowną i bolesną. Babie nigdy nie dogodzisz i zawsze coś będzie nie halo, dlatego ze spokojem w duszy patrzę na Duala, Kornela i Wuja, jak z radosnym dziecięcym szczebiotem mordują coś, grając w FPSa. 

phot. by Piotr Semberecki

Dodatkowym bonusem wynikającym z mieszkania z dwoma chłopakami są dwie dodatkowe szafy, w których znaleźć można wielkie, męskie bluzy sportowe, pasujące mi do spodni od dresu. Nic to, że bluza Duala sięga mi do kolan, a rękawy tej od Kornela muszę kilkakrotnie podwijać - nie należy być wybrednym, kiedy człowiek własnych bluz posiada mało, bo lansuje się na damę i przecież se nie kupi, bo niby po co. Muszę jednak przyznać, że chłopcy mają anielską cierpliwość, bo nawet smuga czarnego eyelinera rozmazana dekoracyjnie z przodu koło suwaka nie wywołała żadnych zakazów co do dalszego bezczelnego pożyczania. Praktykowałam ten zwyczaj (tzn. pożyczanie, nie paćkanie linerem) przy każdym moim chłopaku oraz większości współlokatorów i jak dotąd nie doczekałam się reakcji bardziej emocjonalnej niż "tattwa, wyskakuj z bluzy, bo wychodzę". Idąc za ciosem urządziłam dzisiaj dzień prania i wrzuciłam do pralki wszystkie moje męskie bluzy, bo w końcu po domu muszę w czymś chodzić.

Do jednej z takich bluz mam szczególny sentyment, mimo, że nie przywiązuję emocjonalnego znaczenia do przedmiotów, co w praktyce oznacza, że poza kilkoma przypadkami nie pamiętam, od kogo co dostałam i z jakiej okazji, a wszystkie romantyczne badziewy zwykle usuwam z mojej przestrzeni życiowej (nie ogarniam na przykład o co chodzi z suszeniem kwiatów - nie dość, że wyglądają paskudnie i zbierają kurz z całego uniwersum, to jeszcze są martwe i blokują mi feng shui). Poza jednym wyjątkiem - kiedy miałam 15 lat, przeżywałam jedną z pierwszych szczenięcych miłości, chodząc z Bartkiem, właścicielem czerwonego egzemplarza tzw. "góry od dresu". Było dużo trzymania się za rączki i łażenia po parku, siedzenie na kolankach i całowanie, ale w pamięć zapadła mi najbardziej właśnie ta bluza, uwieczniona na jednym ze wspólnych zdjęć. Jak to zwykle bywa z miłością w tym wieku, wszystko diabli wzięli kiedy jaśnie panna (czyli ja) rzuciła fochem i odwróciła się na pięcie, co - w połączeniu z różnymi szkołami, do których chodziliśmy - sprawiło, że nie widziałam Bartka 8 lat. Kiedy przyjechałam z Krakowa do rodzinnego domu na roczne wygnanie, jakimś trafem (no dobra. przez fejsbuka) odnowiliśmy kontakt i zaprzyjaźniliśmy się, a po kilku tygodniach Bartek przytargał mi do domu tą samą czerwoną bluzę, która nawet teraz wygląda na mnie jak sukienka. I muszę przyznać, że to chyba najfajniejszy prezent, jaki dostałam w życiu, mimo, że całość trąci romantyzmem i nostalgią, których fanką raczej nie jestem. W bluzie oczywiście śpię i snuję się po domu w chłodne dni, a że jest naprawdę obszerna, mogę swobodnie dorastać (czyt. tyć) w jej wnętrzu. 

phot. by Katarzyna Hołda

Szczerze mówiąc, bezczelnie pożyczyłam na wieczne nieoddanie kilka takich bluz, a parę innych wyżebrałam u kumpli, bo były mięciusie, milusie i w ogóle stworzone dla mnie. Jeśli chodzi o Kornela i Duala, nie zdążyłam jeszcze zrobić pełnego przeglądu ich garderoby, ale myślę, że przy okazji prania w najbliższym czasie jeszcze kilka ciekawych egzemplarzy wyjdzie na światło dnia. I tak właśnie mieszka się z chłopakami - największym problemem jest to, kto tym razem skoczy po piwo i czy mamy w domu ser do tostów. Żadnych wazoników, wyższej logiki układania garów w szafce, zero pretensji o to, że zalałam Dualowi kakao wodą, zamiast mlekiem. Jesteśmy już w pełni zadomowieni, w mieszkaniu już coraz cieplej, pralka głośno pracuje w kuchni, a ja zastanawiam się, jak matematycznie rozwiązać to, że mamy trzy miejsca do spania, a dzisiaj nocuje tutaj także Wujo. Jakkolwiek nie będzie - będzie śmiesznie.

Gods bless you.

poniedziałek, 3 października 2011

Powroty.

Dedykuję Hance, dzięki której nie śpimy dzisiaj pod mostem :)

No to jesteśmy. Formalnie bezdomni, mieszkamy kątem u koleżanki, która litościwie zostawiła nam na miesiąc swoją kawalerkę. 30 lub 35m2, pianino, perkusja, instrumenty inne wszelakie, czterech chłopa i ja. I właśnie trwa próba zespołu, a moja własna siostra macha mi z okna po drugiej stronie ulicy, że zaraz wpadnie na piwo - bo świat ostatecznie jest bardzo mały, a ja momentami zaczynam nawet wierzyć w karmę i takie tam. 

Jest magicznie,nawet bardzo i och, jakże nastrojowo. Tramwaj przejeżdża pod oknami a kubek na blacie lekko drga; mieszkanie wypełnione po sufit krakowską bohemą, przydałby się do kompletu jeszcze aktor i fotograf. Siedzę na klatce schodowej na szerokim parapecie wychodzącym na podwórko, palę mentolowego Vogue'a, zaglądam do mieszkań przez okna bez firanek czy żaluzji  - a tam festiwal życia prywatnego, ludzie żyją sobie i umierają, jedzą i śpią. Bez pośpiechu, normalnie, zgodnie z naturalnym cyklem wszechświata. Czyż mogło być lepiej?

phot. by Piotr Semberecki

Łatwo przywiązać się luksusu - zmywareczka, wypchana po brzegi lodówka, fontanna w salonie, tygrys na smyczy. Ale ostatecznie - mimo, że jestem okrutnie rozbestwiona i cenię sobie wysoki standard życia - jakie to ma znaczenie? Słyszę, jak o ziemię uderzają dojrzałe kasztany, wczoraj przeczytałam gdzieś, że punkty skupu płacą za nie 60 groszy za kilogram i myślę sobie - dobrze jest. Z głodu nie umrzemy. Mamy ciepłą wodę, miejsce do spania, pralkę, lodówkę, internet. Można żyć.

Ostatecznie mieszka się tu, w Krakowie, już jakiś czas i widziało się niejedno - byłam w mieszkaniach, gdzie student studentowi wilkiem, a własny obiad przywieziony z domu trzeba było przywiązać łańcuchem w lodówce, gdzie każdy szedł do łazienki z własną rolką papieru toaletowego. I wiem, że tak naprawdę, to mam dzikie szczęście - bo lądowałam w różnych miejscach, a jednak nie trafiłam nigdy na ludzi, których miałabym ochotę otruć we śnie. Pamiętam sytuacje, na myśl o których do dzisiaj czuję rozczulającą falę ciepła w  skrytym buduarze mojego serduszka, chociaż formalnie mam ten organ w artofii i nie słynę z bycia sentymentalną.

phot. by Piotr Semberecki

I tak po prostu - lekko, sentymentalnie, ciepło, z poczuciem ogólnej miłości do całego świata, piszę.  Bez specjalnego celu, bez tematu, bez planu, spontanicznie, mniej lub bardziej - bez sensu. Wyjątko nie mam dzisiaj powodu do wyzłośliwiania się na forum publicznym, nie muszę nic zrobić, nigdzie się nie spieszę - nie przeszkadza mi nawet to, że moje dwie prawdziwe miłości życia mego- mój kot i komputer - zostały póki co w domu i nie mam mojej demonicznej Pajęczej Królowej, kiciuni najmilejszej acz nieco creepy, pod ręką, a posta piszę na laptopie współlokatora mojego Duala. A laptopów nie znoszę i jest to uczucie pełne pasji i zaangażowania. Internet jest nieco knąbrny i nie chce dzisiaj współpracować, trudno - być może jest to znak od wszechświata, żeby wreszcie oderwać się od monitora i otworzyć "Madame" Libery, na co nie miałam czasu przez całe wakacje.

Po prostu - jest dobrze. Lato skończyło się definitywnie, ale to nic, bo ciągle cieszę się jak dziecko, w naiwny i ckliwy sposób tym, jak pachnie jesień, jak słońce grzeje mnie w głowę przez niebieską fedorę w paski. I coś tak czuję, że to będzie dobry rok. Magiczny - w końcu to, do cholery, Kraków.