Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 stycznia 2013

O sobie o mnie

Bo często jest tak, że wstaję rano i nie planuję. Pozwalam życiu toczyć się swoim trybem, bez napięć, bez nacisków z zewnątrz, bez żadnej presji. Mówię sobie "będzie dobrze" i pozwalam, żeby karma przejęła kontrolę. I lubię ten stan, kiedy po prostu płynę, kiedy wszystko jest w idealnej harmonii. Tak, jak powinno być.

Bo to nieprawda, że trzeba zawsze pod prąd, że bunt, że sprzeciw, że walka. Że trzeba być innym, że trzeba tak, a nie inaczej, że nie można czasami odpuścić.

Bo widzę bezustanną wojnę dookoła i nie chcę być jej częścią, nie chcę brać udziału. Bo doceniam, że mogę pozwolić sobie na luksus bycia pacyfistką, stania z boku względem każdego konfliktu, bycia racjonalną.

Bo mówię życiu wprost, czego chcę. I często to dostaję. Może mam szczęście, może to przypadek, może karma to tylko złudzenie, efekt placebo w warunkach społecznych, może mnie się tylko to wszystko wydaje. Czy to ważne?

Bo w pewnym sensie wybrałam drogę, z której trudno byłoby zawrócić.

Bo czasami jest ciężko, ale to wciąż jest tego warte. Nie oglądać się wstecz, po prostu pozwalać nieść się fali i nie oczekiwać niczego, po prostu brać wszystkie szanse, które są dane.

Bo pada śnieg, a ja - chociaż wolę wiosnę - nie mogę nie patrzeć, nie potrafię nie dać się uwieść.. 

Bo kocham moje życie tak bardzo, że czasami brakuje mi tchu. Może to tylko sen, może żyjemy w Matrixie, może nic nie jest prawdą, może nie ma żadnej prawdy. 

Bo nie wierzę w obiektywizm, bo nie ma żadnego obiektywizmu, bo wszystko jest zawsze względne i to jest jednocześnie wspaniałe i przerażające, a dobro i zło to tylko sztuczne konstrukty wypełnione mnogością sprzecznych znaczeń.

niedziela, 16 grudnia 2012

Przyjemność tekstu. Jak czytać, jak żyć


Tekst jest trudnym medium. Ludzie czytają coraz mniej - a właściwie coraz mniej ludzi czyta. Napisanie książki wymaga wkładu pracy i kreatywności porównywalnych z tymi, jakie są potrzebne do nagrania płyty czy nakręcenia filmu, jednak za pomocą literek o wiele trudniej trafić do ludzi niż poprzez obraz i dźwięk. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że tekst, w przeciwieństwie do muzyki czy zdjęć, zawsze wymaga od odbiorcy pewnej aktywności - nie można po prostu patrzeć czy po prostu słuchać, trzeba przez chwilę skupić się i zaangażować. Nie można być biernym odbiorcą tekstu. Ma to swoje plusy - mamy do czynienia z widzem, który na pewno potrafi czytać i - w większości przypadków - rozumie czytany tekst, co stawia go o stopień wyżej nad ogromną częścią populacji (i nie mówię tu bynajmniej o niewykształconych obywatelach krajów trzeciego świata). Konsekwencją jest jednak elitaryzacja czytelnictwa.

Mówi się, że obecnie więcej osób pisze, niż czyta. Nie ma w tym nic nienaturalnego - nagromadzone podczas lektury myśli próbują znaleźć ujście, a swobodna rozmowa nie stwarza możliwości do wykorzystania zawiłych form językowych, które tak dobrze mogą prezentować się w tekście. Kiedy rozmawiam, zawsze w myślach tworzę kolejny tekst. Bez przerwy szukam tematów, słabych punktów jakiegoś stereotypowego sposobu myślenia, chętnie wchodzę w dyskusję o rzeczach ogólnie przyjętych za normalne. Wszystko dla przyjemności tekstu.

Barthes pisze o czytaniu w "Przyjemności tekstu", a ja złapałam się na tym, że sama czytam coraz mniej. Moim wrogiem jest czas - nie dlatego, że szkoda mi go na wykonywanie pewnych czynności, ale z powodu świadomości jego nieodwracalności. Bo bardzo silnie odczuwam to, że teraz bezustannie wymyka się z rąk i zwykle czuję panikę na myśl o jutrze. O czasie, który pozostał.

Nie, nie przesadzam. Mam niecałe 25 lat i przytłacza mnie świadomość przemijania. Nie czuję się starsza niż rok czy dwa lata temu, moje ciało zmienia się niepostrzeżenie i te zmiany nie są na tyle duże, żebym czuła ogromną różnicę. Ale czasami myślę o tym, czego chcę, do czego dążę - i jak uderzenie w twarz, ogłusza mnie wiedza. Nie zdążę. To po prostu fizycznie niemożliwe, mieć wszystko.

W efekcie muszę wybierać. Bezustannie z czegoś rezygnować - a uczucie żalu pod stracie jest odczuwalne nawet wtedy, kiedy pojawia się rekompensata. Dlatego czasami żyję za szybko i za mocno, jestem za bardzo. Innym razem odcinam się od zewnętrznego świata i czytam, słucham muzyki, oglądam filmy, przetwarzam dane. Piszę. Lekko histerycznie, z poczuciem rosnącego przerażenia na myśl o tym, że każde przeczytane zdanie, każda przyswojona myśl może być punktem wyjścia do stworzenia kolejnej listy zadań. Spisy "do obejrzenia" i "do przeczytania" wydłużają się i stają absurdalne, samą swoją formą narzucając konieczność wyboru.

Jest w tym jakiś tragizm.

Paweł Herman Photography

sobota, 20 października 2012

Syndrom dnia następnego. Słowo moje!


Momentami nie nadążam. Z kartki leżącej przede mną na biurku wykreślam co chwilę nowe rzeczy "do zrobienia", jednak w tym samym niemal czasie dopisuję do listy kolejne. Czasu jest zawsze za mało, a ja żyję dniem następnym, po prostu wykonując kolejne czynności i ustawiając kolejność zadań na jutro. Dużo kosztowało mnie zerwanie z rozpamiętywaniem przeszłości, z zastanawianiem się nad tym, co byłoby, gdybym zdecydowała się postąpić inaczej, gdybym mogła cofnąć czas. Bo przecież nie ma to większego sensu - można jedynie wyciągnąć wnioski i ruszyć do przodu. Z jednej skrajności popadłam jednak w drugą, bo nie potrafię żyć w stanie równowagi. Chociaż umiem cieszyć się chwilą i potrafię - gdy chcę - zatrzymać się w miejscu i chłonąć wydarzenia, których jestem świadkiem, nigdy nie jestem do końca wolna od strachu przed upływem czasu. 

Jest to w dodatku jedna z tych rzeczy, o której wciąż jeszcze nie potrafię pisać swobodnie, a patetyczny ton takich wynurzeń przyprawia mnie o mdłości - jeśli o czymś nie da się pisać wprost, po ludzku, prostymi słowami, nie warto o tym pisać wcale. Nie ma rzeczy, osób ani emocji, których nie da się opisać bez podniosłych zwrotów i górnolotnego tonu. Status sacrum nadajemy przecież my sami.

***

Mogłabym pisać tak cały czas, bo przecież mam wrażliwą duszyczkę. Na szczęście swoje i moich czytelników, potrafię trzymać ją krótko za pysk i zachować równowagę między swoją wrodzoną wrażliwością, wypracowanym cynizmem i niezbędnym do życia pragmatyzmem. I lubię się śmiać, więc się śmieję. Dużo. Lubię też, gdy śmieją się ludzie dookoła mnie, nawet jeśli w tym celu mam żartować z siebie. Pod jednym z ostatnich postów pojawiły się głosy zdziwienia, że wyglądam rzekomo niewinnie i twarz moja nie zdradza pokładów ironii pod czaszką. Cóż mogę powiedzieć - zdarza mi się być ironiczną, czasami jestem złośliwa, ale nigdy nie bywam wredna, bo ten etap mam już bezpowrotnie za sobą. Może to także częściowo zasługa bloga - świadomość większej odpowiedzialności za swoje słowa, tego, że muszę być zawsze gotowa, żeby skonfrontować się z kimś lub czymś, co zdarzyło mi się zmieszać z błotem. I wierzcie lub nie - jestem na to gotowa. Taktyka subtelnego wbijania szpilek wydaje mi się z biegiem czasu coraz mniej pociągająca - jeśli wbijać, to od razu szpilkę wielką i zawsze być gotowym na to, żeby ostatecznie dać komuś w pysk rękawicą i wyzwać na ubitą ziemię.

Inna rzecz, że - być może wbrew pozorom - jestem naprawdę dzieckiem pogodnym i kochającym świat, do tego diabelnie towarzyskim. Lubię myśleć, że jestem naprawdę sympatyczna, a codziennie zasypiam snem sprawiedliwego z dość wysokim mniemaniem o przyjętej życiowej etyce. Konfrontując się z rzeczywistością, nie zarzucam sobie przesadnie wiele, chociaż czasami osiągnięcie tego stanu kosztuje mnie naprawdę sporo wyrzeczeń.

Kocham swoje życie pomimo wszystkich jego niedoskonałości. To tylko kwestia nastawienia.

czwartek, 29 marca 2012

Post sponsorowany. Sen. Depresja. Hipomania.

Dzisiejszy post powstał dzięki wsparciu sponsora w osobie mojego współlokatora (woli zachować anonimowość, ale tym, którzy znają nas osobiście, podpowiem, że nie chodzi o duala), który przyniósł mi wczoraj piwo i powiedział "tattwa, napisz mi tego posta co kiedyś obiecałaś - napisz coś innego niż zwykle, to przeczytam to". No to piszę. A przynajmniej próbuję.

phot. by Katarzyna Hołda
Nigdy o tym nie pisałam. Ba, dopiero niedawno udało mi się ubrać w słowa tę myśl - wcześniej czaiła się gdzieś w czeluściach mojego skrzywionego umysłu, uwierała i wpływała znacząco na sposób życia. Któregoś dnia wykrzyczałam to w gniewie, mając dość ataków na siebie i swoje postępowanie, próbowałam wyjaśnić, dlaczego żyję w taki właśnie sposób - i coś się zmieniło. I przyznam szczerze, że jest to chyba najbardziej osobista rzecz, o jakiej zdarzyło mi się rozmawiać, chociaż dla większości będzie niezrozumiałym, dlaczego. Nie mam zahamowań przed mówieniem prawdy, nie mam nic do ukrycia, bez trudu odpowiadam na pytania o bardzo prywatne szczegóły mojego życia, o ile nie nadużywam tym czyjegoś zaufania. Bo tak naprawdę, te rzeczy nie mają znaczenia. Moja przeszłość, wszystko, co zrobiłam, każdy popełniony błąd - to już było.

Przebywając ze mną, trudno nie zauważyć, że jestem niestabilna emocjonalnie - wciąż gonię za silnymi wrażeniami, lubię przeżywać zarówno euforię, jak i ból czy strach, mój nastrój zmienia się czasami w przeciągu chwili. Byle tylko coś czuć, byle nie popaść w schemat, nie stracić tego głodu, który napędza mnie do działania. Nie znaczy to, że uprawiam sporty ekstremalne, seks w kiblu na imprezie czy daję sobie w żyłę. Ale jeśli coś robię, angażuję się w to w pełni i częściej mam łzy w oczach z powodu skrajnego poczucia szczęścia, niż smutku. Jednocześnie balansuję wciąż na równi pochyłej, pomiędzy depresją a hipomanią, poczuciem braku sensu a obsesyjną wręcz potrzebą doznawania.

Ktoś podejrzewał mnie kiedyś o cyklotymię. Wiecie, choroba dwubiegunowa, tylko w łagodniejszej postaci. W sensie, że nie jestem niby świrem, tylko po prostu lekko mi odwaliło. Słyszałam, że jestem neurotyczna, że mam naturę depresyjną, że jestem socjopatką. Bzdura. Ale nie mam zamiaru tego sprawdzać. Lubię swoje życie, chociaż czasami wstając rano czuję się wypalona, pusta w środku - i wtedy czuję, że czas znaleźć nową obsesję. Od mniej więcej 10 lat wiem, że nie mogę pozwalać sobie na przerwy, nie wolno mi osuwać się w bezpieczne, wygodne odrętwienie, odpuszczać. Co nie znaczy, że czasami się to nie zdarza - wtedy dni stają się senne, a noce - ciche, przesypiam większość czasu, a w tym, który pozostanie - milczę. Zdarza mi się nie wychodzić z domu przez dwa, trzy tygodnie. Zapomnieć o tym, że mam zajęcia na uczelni, o przyjaciołach, nie odbierać telefonu, nie odpisywać na maile. Po prostu na chwilę przestać istnieć dla świata.

phot. by Katarzyna Hołda

Po jakimś czasie coś nagle się zmienia. W moim otoczeniu pojawia się ktoś nowy, przychodzi mi do głowy myśl, która wywraca mój światopogląd na lewą stronę, coś zaczyna mnie bawić, interesować. Znajduję sobie nową zabawkę - i tak długo, jak nie znudzę się nią i nie zmęczę, będę funkcjonować w stanie hipomanii, w radosnym amoku i ze straceńczą radością będę afirmować życie, wypełniając każdą godzinę do maksimum. Wszystko po to, aby nie dopuścić do siebie negacji.

Przyznaję - nie wierzę w to, że życie ma jakiś głębszy sens. Nie jestem religijna ani nawet specjalnie uduchowiona, chociaż praktykuję feng shui, wierzę w karmę i staram się żyć w harmonii ze wszechświatem. Nie muszę wierzyć, bo wiem - że wszystko co robię i to, jak traktuję ludzi, wraca do mnie. Nie trafiam na złych ludzi, nie oglądam się za siebie z lękiem, że ktoś chce zrobić mi krzywdę. Mam zamiar pozostać dzieckiem szczęścia, wciąż wierząc, że nigdy nic złego mnie nie spotka. Jak do tej pory wychodzi mi to całkiem nieźle.

phot. by Katarzyna Hołda
Mogłabym uprościć, powiedzieć, że miałam ciężkie dzieciństwo i ono nauczyło mnie, żeby chwytać każdy dzień i cieszyć się drobiazgami - ale to nie do końca tak. Nie potrafię funkcjonować normalnie, po prostu śmiać się i płakać, martwić i złościć. Mam w głowie tylko jeden przełącznik: 1-0. Biorę wszystko, albo nic, interesują mnie tylko silne emocje. Być może dlatego mam tendencję do wikłania się w toksyczne układy, które odbierają mi tak wiele energii - bo chyba wolę żyć w zawieszeniu między euforią a rozpaczą niż w stanie względnej równowagi. Nie mogę pozwolić sobie na nudę, otępienie umysłu, nie potrafię nie odczuwać.

Boję się zasypiać. Nie, nie chodzi o strach przed ciemnością - po prostu czasami, siedząc wieczorami przy komputerze, mam napady paniki spowodowane upływem czasu, który przecieka mi przez palce. Widzę, jak zmienia się świat, czuję, jak pędzi dookoła mnie, a ja za wszelką cenę próbuję za nim nadążyć. Czasami nie śpię do rana, chłonąc, czytając, próbując wypełnić obowiązki, które sobie narzucam. Walczę z narastającą paranoją, miotam się bez celu, czuję, jak w żołądku rośnie ogromna kula strachu przed przemijaniem. W takie dni zasypiam nierzadko dopiero rano - o 6 lub nawet o 10, kiedy dookoła mnie zaczyna się już nowy dzień. Potrafię tak funkcjonować całymi tygodniami. 

Ostatnio udaje mi się unikać spadków nastroju. Doszłam do momentu względnej stabilności i nie dopuszczam do siebie lęków i Weltschmerzu. Chociaż czas dalej mnie martwi, zaczynam godzić się z tym, że moje życie nie ma żadnego punktu odniesienia poza mną samą. Wiecie, Boga nie ma. I to nie jest dobra myśl, chociaż dual śmieje się ze mnie, że powinnam już dawno wyrosnąć z egzystencjalizmu. Póki co, wciąż odczuwam tragizm samotności człowieka w świecie. Braku odgórnie nadanego sensu, świadomości, że życie ludzkie ma większe - poza biologicznym - znaczenie, że świat działa zgodnie z jakąś wyższą logiką. 

I tak oto jestem. Nie widzę specjalnych powodów do tego, aby żyć, ale ze względu na przyjętą etykę nie mogę rozważać innych opcji. Staram się zatem wypełnić swój czas tak mocno, jak to tylko możliwe. Nie ma dla mnie znaczenia, jak i przez kogo zostanę zapamiętana, mam nadzieję, że nie dorosnę nigdy do tego, aby kurczowo trzymać się życia na wskutek instynktu przetrwania. Mając 24 lata mogę pozwolić sobie jeszcze na komfort myślenia, że lepiej spłonąć, niż wyblaknąć. 

phot. by Piotr Semberecki

Moje nastawienie, poglądy i styl życia kosztowały mnie dwa poważne związki i cztery  stracone semestry, kilka niepotrzebnych przeprowadzek, wiele przespanych dni i bezsennych nocy. Jednocześnie wciąż dają mi tak wiele, że bez żalu godzę się na cenę, którą płacę. 

Poza tym wszystkim, o czym nie mówię często, jestem radosna jak pszczółka. Dużo się śmieję, uwielbiam spędzać czas z ludźmi, staram się nie martwić rzeczami, na które nie mam wpływu. Jestem bezpośrednia, czasami bezczelna, wiosną cieszę się jak dziecko, jesienią staję się nostalgiczna i chodzę na długie, samotne spacery. Przejęłam kontrolę nad sobą, dokonałam wyboru i nie zamierzam dać się złamać.

Jestem zdeterminowana, żeby czuć się szczęśliwa, dbam jedynie o to, żeby nikogo przy tym nie krzywdzić. Bo, tak naprawdę, czy jest coś więcej?

Gods bless you.